Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

Kuloodporny świat

27 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 5 minut

Jean-Pierre Jeunet w świetnej formie. "Bazyl. Człowiek z kulą w głowie" śmieszy, tumani, zadziwia ekscentrycznością i zaraża optymizmem

Jeunet wrócił do domu - do krainy ekstrawaganckich fantazji, absurdalnych zdarzeń, dziwacznych mechanizmów, cywilizacyjnych odpadów, fantasmagorycznych przestrzeni i nieprzeciętnych bohaterów. Jesteśmy w tym samym świecie co w "Delicatessen" czy "Mieście zaginionych dzieci", tyle że bez futurystycznych albo wyabstrahowanych ze świata dekoracji. Tutaj wszystko dzieje się teraz, w samym sercu Paryża, ale tak naprawdę rozgrywa się przecież w kinie.

Od kina cała historia się zaczyna. Bazyl pracuje w wypożyczalni wideo i każdą wolną chwilę spędza na oglądaniu filmów. Przeniesiony w "Wielki sen" Howarda Hawksa, zapatrzony w Humphreya Bogarta i Lauren Bacall, niemal nie zauważa, jak jego życie brutalnie rujnuje tani sensacyjny produkcyjniak. Trafiony w głowę podczas ulicznej strzelaniny absurdalnym rykoszetem ląduje w szpitalu. Podczas operacji lekarz rzuca monetą. Wypada reszka, więc nie wyjmuje Bazylowi kuli, która w każdej chwili może eksplodować. Bazyl traci mieszkanie, pracę i ląduje na ulicy. Zdobywa za to nową rodzinę na śmietniku i łuskę pocisku, który go trafił. Znajduje siedzibę producenta i postanawia wyrównać rachunki z nim, a przy okazji z konkurentem, którego mina zabiła przed laty jego ojca.

Tę karkołomną fabułę zamknął Jeunet w formule steampunkowej baśni, w której możliwy jest najbardziej nieprawdopodobny zbieg okoliczności, najbardziej absurdalny przypadek. Jak ulał pasuje do tej poetyki wyczarowywana ze śmieci galeria osobliwości rodem z "Amelii" i załoga dziwolągów: rekordzista Guinnessa w długości lotu po wystrzeleniu z armaty, kobieta guma uwielbiająca siedzieć w lodówce, dziewczyna kalkulator obliczająca i mierząca bezbłędnie, co tylko da się zmierzyć i obliczyć.

Cała ta kompania parodiuje trochę komiksowych superbohaterów, a trochę ujmuje urokiem szlachetnych outsiderów wyrzuconych poza nawias normalności. Wszystko to razem tworzy iście wybuchową mieszankę. Brawurowe akcje przedrzeźniające filmy o wielkich skokach przeplatają się ze slapstickowymi gagami, rubasznym humorem, pastiszowo potraktowanym melodramatem. I to działa! Świat Jeuneta tętni groteskowym urokiem, czaruje barokowym przesytem, śmieszy karykaturą, inteligencją, zaskakuje dekoracjami w stylu art deco. W centrum akcji brawurowo szarżuje świetny w roli Bazyla Dany Boon, a z drugiego planu co i raz przebija się na pierwszy ulubiony aktor Jeuneta - Dominique Pinon.

Cały ten ekranowy bajzel jakoś się Jeunetowi nie wymyka spod kontroli. Reżyser nie idzie na kompromisy, jedzie po bandzie ze swoimi wariactwami, dba o wysoki poziom nieprzewidywalnych dowcipów, a na dodatek udaje mu się w gęstwie odlotowych pomysłów pomieścić traktowane całkiem serio optymistyczne przesłanie dające maluczkim nadzieję zwycięstwa nad niemoralnym korporacjonizmem. To hołd dla filmowej magii, dla której nie ma rzeczy niemożliwych, ale i jakaś diagnoza postawiona rzeczywistości, w której niedzisiejsze normy zostały zepchnięte na margines. Sprawia ten film dziecięcą radochę jak każda bajka, rozbraja przegiętą estetyką, a przede wszystkim rozśmiesza, nie wywołując paroksyzmów taniego rechotu. Udało się Jeunetowi nadzwyczajnie to postscriptum do "Delikatesów". Aż żal, że robi filmy tak rzadko, bo by się chciało więcej takiego odlotu.

@RY1@i02/2011/180/i02.2011.180.196.0003.001.jpg@RY2@

Reżyser "Bazyla" rozpoczynał karierę w twórczym duecie z Markiem Caro - sławę zdobyli swoim pełnometrażowym debiutem "Delicatessen" (1991), olbrzymi talent potwierdzili fantasmagorycznym "Miastem zaginionych dzieci" (1995). Potem drogi tandemu się rozeszły, zaś Jeunet spróbował kariery w Hollywood. W Fabryce Snów nie spodobało mu się za bardzo - jego "Obcy: przebudzenie" (1997) pozostaje jedynym filmem nakręconym za oceanem (potem odrzucił propozycję wyreżyserowania jednej z części "Harryego Pottera"). Za to kolejne francuskie produkcje podbijały świat - za "Amelię" (2001) został nawet nominowany do Oscara.

Jean-Pierre Jeunet nie spieszy się z pracą. "Bardzo długie zaręczyny" powstały trzy lata po "Amelii", na "Bazyla" trzeba było czekać ponad pięć kolejnych. Zaś następny film - adaptację powieści "The Selected Works of T.S. Spivet" - zapowiedział dopiero na 2013 rok.

Wojtek Kałużyński

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.