Gdy rozum śpi...
Reżyserski powrót Barbary Sass po dwunastu latach milczenia udał się tylko częściowo
Kornet i demony jest tematem starym jak sztuka. Nie trzeba było więć nagłośnionej przed media rewolty zakonnic w Kazimierzu Dolnym, żeby temat zainteresował Barbarę Sass. Tym większe rozczarowanie, że wytrawna reżyserka tym razem zobaczyła tak niewiele. Sass mówi w filmie, że religijny fanatyzm jest zły. To prawda, ale od takiej konstatacji powinniśmy dopiero startować do analizy.
Punkt wyjścia mniej więcej zgadza się z historią betanek, które zbuntowały się po decyzji kurii o odwołaniu ich matki przełożonej, charyzmatycznej Jadwigi Ligockiej. Do opinii publicznej docierały wówczas jedynie skandalizujące, najczęściej wyssane z palca opowieści o obyczajowych skandalach rozgrywających się za murami klasztornymi, natomiast uwagi mediów niemal całkowicie umknął reformatorski aspekt konfliktu. Tymczasem siostry domagały się wówczas daleko idących zmian w systemie funkcjonowania instytucji Kościoła w Polsce. Sprawę jednak wyciszono, Jadwiga Ligocka nie żyje, nie wiadomo, co stało się z pozostałymi bohaterkami skandalu. Temat tabu.
W filmie Sass nie ma tabu, nie ma także pogłębionej refleksji. Są oczywiste wnioski. W świecie bez Boga rodzą się demony. Dotychczas uśpione, naraz znajdują ujście w zmysłowym afekcie. Zakonnice z filmu Sass są więźniarkami dojmującej rzeczywistości z wiarą w Boga, który w ich marzeniach przyjmuje postać niemal seksualną. Niszczą bezpieczeństwo klasztornego życia, ponieważ dostrzegają inną mroczną siłę - być może zredukowanego Chrystusa, być może szatana. Również portret matki przełożonej jest w filmie uproszczony. Ciężko chora, przesadnie ambitna, na ostatniej prostej manipuluje zakonnicami, ponieważ sama czuje się zagrożona. Jedynie aktorstwu Anny Radwan zawdzięczamy, że scenariuszowa postać ani razu nie ześlizguje się w stronę groteski.
"W imieniu diabła" to kino w starym stylu. Perfekcyjne, bazujące na zbliżeniach zdjęcia Wiesława Zdorta, wydobywają wewnętrzne światło z mrocznych wnętrz klasztoru. Sass jest fachowcem: wie, jak budować nastrój, świetnie pracuje z aktorkami - poza Anną Radwan objawieniem filmu jest Katarzyna Zawadzka w roli wodzonej na pokuszenie siostry Anny. I choć żałuję, że reżyserka nie była w diagnozach ostrzejsza, że nie uniknęła intelektualnego i estetycznego kiczu, "W imieniu diabła" jest propozycją godną uwagi. "Cieniem każdej miłości jest cierpienie" - pisał w "Bramach raju" Jerzy Andrzejewski. W filmie Barbary Sass cierpienie symbolizuje wolność. Od Boga i ludzi.
@RY1@i02/2011/180/i02.2011.180.196.023c.001.jpg@RY2@
Łukasz Maciejewski
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu