Pina znaczy taniec
Trzy najważniejsze spektakle Piny Bausch zobaczymy w ramach III Dni Sztuki Tańca w Operze Narodowej. To okazja, by przekonać się, co pozostało z dziedzictwa wielkiej tancerki
Długie, ciemne, gładko zaczesane włosy. Ubrana na czarno, w szerokie spodnie i luźną marynarkę, zwykle z papierosem. Łagodna. Rzadko się uśmiechała, unikała wywiadów, dziennikarzy i błysku fleszy. Kiedy szła ulicą, miało się wrażenie, że płynie w powietrzu. "Mniej zainteresowana jestem tym, jak ludzie się poruszają, a bardziej tym, co ich porusza" - mówiła Pina Bausch. Umarła 30 czerwca 2009 roku w Berlinie, kiedy jej tancerze grali w Polsce spektakl "Nefes". Zatańczyli go ponoć tak dobrze jak nigdy wcześniej. Za kilka tygodni niemiecka choreografka miała zacząć pracę przy filmie Wima Wendersa. Nie zdążyła.
Ciemne pomieszczenie, niemal w całości zastawione krzesłami. Tancerze z zamkniętymi oczami, jak lunatycy w transie próbują się między nimi poruszać, nawzajem się odnaleźć. Uczucie lęku podsyca muzyka Henry’ego Purcella. "Café Müller" (premiera w 1978 roku) to koszmar o samotności, a może piękny sen o tęsknocie i szukaniu miłości. "Niedorzeczna jest próba interpretacji spektakli Bausch" - pisał krytyk brytyjskiego dziennika "The Guardian" po londyńskim pokazie "Café Müller". W tym osądzie można pójść znacznie dalej i powiedzieć, trawestując Jana Kotta, że opisać taniec Piny Bausch i jej tancerzy to jak nadać jednoznaczność wieloznaczności. Spektakle założonego przez Bausch Tanztheater to bowiem zwykle serie etiud, w których ruch jest odpowiedzią na muzykę, uzupełniany emocjami. Są to opowieści o człowieku, jego pragnieniach, cierpieniach, potrzebach, punktem wyjścia zawsze są osobiste doświadczenia tancerzy, którzy nigdy nie mają przypisanych bohaterów - w opisach ich ról widnieją tylko ich nazwiska. Jakby wciąż tańczyli siebie, za każdym razem używając innych stanów, emocji. Prawie zawsze dotykają relacji między kobietami a mężczyznami, które są podszyte seksualnością. Kobiety to zwykle kruche kochanki w zwiewnych sukniach z luźno opadającymi włosami, bywają też zaborczymi i dumnymi femme fatale. Mężczyźni to zaś czarujący amanci lub przygodni kochankowie. W jednym z ostatnich spektakli Piny, "Vollmond" (premiera 2006 r.), początkowo pogodny i swawolny taniec w deszczu dwunastu solistów zamienia się w dziką walkę płci, piękne, nieokiełzane miotanie w poszukiwaniu miłości. Natomiast w najczęściej granej "Das Frühlingsopfer" (premiera w 1975 r.) najpierw obserwujemy rytuał złożenia kobiety w ofierze, potem scena stopniowo zamienia się w archaiczną arenę - znów pole walki płci. Rytm nadaje muzyka Igora Strawińskiego. Scena wyłożona jest grubą warstwą ziemi, na której każdy najmniejszy krok tancerza pozostawia ślad. - Pamiętam, że kiedy pierwszy raz tańczyłam na ziemi rozsypanej na scenie, pomyślałam: "Boże, nie umiem tańczyć. Nie wiem, jak się poruszać!" - wspomina jedna z tancerek Julie Shanahan. Właśnie po "Ofierze wojny" i "Café Müller" choreografowie okrzyknęli Pinę swoją mistrzynią, a reżyserzy filmowi muzą. Zachwycał się nią nie tylko Fellini, lecz także Pedro Almodóvar, który zaproponował jej udział w "Porozmawiaj z nią".
Philippine Bausch urodziła się w 1940 roku w Solingen w Nadrenii Północnej-Westfalii. Jej rodzice prowadzili tam niewielki bar. Jako 15-latka rozpoczęła naukę tańca w Folkwangschule w niedalekim Essen, pod kierunkiem Kurta Joossa, twórcy niemieckiego tańca ekspresjonistycznego. Niezwykle uzdolniona wyjechała do Nowego Jorku, do Julliard School of Music (1959 - 1961) i tam poznała zasady modern dance’u legendarnej Marthy Graham.
Szybko zaczęła eksperymentować. Tańczyła wówczas w American Ballet przy Metropolitan Opera w Nowym Jorku, a w 1962 roku wróciła do Essen i została solistką zakładanego właśnie przez Joossa Folkwang Ballet. Sześć lat później stworzyła swoją pierwszą choreografię, "Fragmenty", do muzyki Beli Bartóka, a potem także taneczne wariacje oper "Tannhauser" Wagnera i "Ifigenia w Taurydzie" Glucka. Do Wuppertal Theater ściągnął ją w 1971 roku Arno Wüstenhöfer, szef tamtejszych teatrów miejskich. Dwa lata później powierzył jej kierowanie baletem. Pina natychmiast przemianowała go na Tanztheater, stworzyła tam międzynarodowy zespół tancerzy i kierowała nimi do końca życia. To właśnie tutaj udało się Bausch dokonać teatralnej rewolucji i uwolnić taniec od ograniczeń literatury i baśniowej (baletowej) iluzji, przesuwając go w stronę rzeczywistości i poszukując dlań poetyckiej metafory. Chociaż początki nie były łatwe. Śmiałe eksperymenty z ciałem były odrzucane, a nawet wyśmiewane przez bardziej konserwatywną publiczność przyzwyczajoną do klasycznego baletu. Zdarzało się, że ze spektakli ktoś wychodził oburzony. Z czasem jednak zaczęto doceniać Pinę i jej zespół, a bilety na spektakle trzeba było kupować z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem.
Tancerze zawsze byli dla Piny punktem odniesienia, kopalnią inspiracji. Na próbach pytała o ich skojarzenia, prosiła o pomysły na wyrażenie, czyli zatańczenie uczuć. Rzadko recenzowała uczniów, dawała im krótkie wskazówki, dopingowała, mówiła: "Zaskocz mnie dziś". Cierpliwie obserwowała, czasami tylko coś sugerowała, nigdy niczego nie narzucała. - Nigdy nie mówi nam, a zwłaszcza nie pokazuje tego, co mamy robić - mówił Janusz Subicz, który blisko 20 lat tańczył w zespole Tanztheater. - Wszystko wychodzi od nas. Ona zawsze oczekuje cudów i cuda się zdarzają. (...) Zadaniem Piny jest, jak to sama określa, uświadomić ludziom ich wartość, ukryte możliwości, z których sobie sami nie zdają sprawy. Ostatecznie propozycje tancerzy wyciska jak gąbkę, odgrywając rolę redaktora w procesie tworzenia".
Tanztheater to jednak nie tylko gromkie brawa po spektaklach i sukcesy. To też ciężka praca, którą krytycy porównują do obozu przetrwania. Częste podróże po świecie, poranne kondycyjne ćwiczenia oraz długie próby po południu. Taki rytm nie pozwala tancerzom na życie poza teatrem. - Dwukrotnie z żoną odchodziliśmy z zespołu. Uświadomiłem też sobie, że gdy zacząłem tańczyć w młodym wieku, właściwie od początku byłem poddany ostremu rygorowi prób, ćwiczeniom rano i wieczorem, codziennej dyscyplinie - mówi Dominique Mercy, dyrektor artystyczny Tanztheater, jeden z czołowych tancerzy, który jest w zespole niemal od początku. Wspólnie z żoną Malou Airaudo poznali Pinę jeszcze w Stanach. Zostawili dla niej Francję, nie przypuszczali, że przyjazd do Wuppertalu okaże się wyborem na całe życie.
Po odejściu Piny krytycy zastanawiali się, czy Tanztheater Wuppertal może istnieć bez przewodnika, czy przetrwa? Istnieje nadal, a kalendarz grupy wypełniony jest na najbliższe lata. A III Dni Sztuki Tańca w warszawskiej Operze Narodowej będą dobrą okazją, by przekonać się, co pozostało z dziedzictwa wielkiej tancerki i choreografki.
@RY1@i02/2011/175/i02.2011.175.196.0024.001.jpg@RY2@
@RY1@i02/2011/175/i02.2011.175.196.0024.002.jpg@RY2@
Pina Bausch
Agnieszka Michalak
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu