muzyka, filmy, koncerty
Alternatywa po śląsku. Na południu Polski dzieje się dużo dobrego na scenie muzycznej. Wystarczy posłuchać składanki "Sealesia", by się o tym przekonać. Prawdopodobnie nie znacie większości zespołów, które znalazły się na tym krążku - i tym większa jego wartość. Za dobór zespołów odpowiadał dziennikarz muzyczny Marcin Babko, związany także z formacją Muariolanza. Wybrał przede wszystkim młode zespoły, które mają szansę podbić serca słuchaczy. Na kompilacji można usłyszeć oczywiście także grupy, które zrobiły już przyzwoitą karierę: rockowy Negatyw, ambient-jazzowa Muariolanza, slowcorowa Iowa Super Soccer. Ale to nie tylko oni stanowią o sile śląskiej sceny alternatywnej. Świetne wrażenie robią indierockowcy z The Band of Endless Noise (też już mają na koncie debiut płytowy), hiphopowe Czarne Złoto (z gościnnym udziałem warszawskiej reprezentacji, m.in. Tedego), słowiańsko-reggae’owe Konopians. Style i gatunki mieszają się tu jak w kalejdoskopie, ale świetnie skompilowana płyta nie robi chaotycznego wrażenia. To naprawdę solidny przegląd śląskiej sceny niezależnej. I nie sposób nie wspomnieć o fantastycznej szacie graficznej - notatkom o każdym z zespołów towarzyszą trójwymiarowe grafiki, które można oglądać przez specjalne okulary - tak jak kiedyś przy albumie "10000 Days" grupy Tool.
@RY1@i02/2011/160/i02.2011.160.196.027a.001.jpg@RY2@
JAKUB DEMIAŃCZUK
Zaskakująco blisko yassu. Do grona najciekawszych płyt jazzowych roku firmowanych polskimi nazwiskami, obok albumów Wojciecha Mazolewskiego i Marcin Wasilewski Trio, warto dorzucić nowy krążek Yanina Free Wave. Współpracownik Soyki, Tomasza Stańki, Zbigniewa Preisnera i Maanamu Janusz Yanina Iwański nagrał bardzo dobrą płytę "Yanina Free Wave". W towarzystwie saksofonisty Łukasza Kluczniaka, kontrabasisty Marcina Lamcha i perkusisty Przemka Pacana Yanina ze swoją gitarą zabiera w podróż do krainy nieoczywistej jazzowej improwizacji.
@RY1@i02/2011/160/i02.2011.160.196.027a.002.jpg@RY2@
WOJCIECH PRZYLIPIAK
Powaga i kino. O 65 wybitnych dzieł muzyki filmowej i klasycznej wydawanych przez wytwórnie Deutsche Grammophon i Decca Classics powinny wzbogacić się płytoteki maniaków poważnych dźwięków. W Mistrzowskiej Kolekcja RMF Classic już ukazały się m.in. koncerty fortepianowe Sergiusza Rachmaninowa i Fryderyka Chopina, suity z opery "Carmen" Bizeta i słynne tematy Bacha. Z muzyki filmowej w zestawie znalazły się utwory Johna Williamsa i Serge’a Gainsbourga. Różnorodność wykonawców imponuje, gdyby tylko nie te straszne okładki...
@RY1@i02/2011/160/i02.2011.160.196.027a.003.jpg@RY2@
WOJCIECH PRZYLIPIAK
Bij bolszewika. "Myśmy rebelianci" to zapis koncertu, który grupa Andrzeja Dziubka De Press zagrała w Muzeum Powstania Warszawskiego w hołdzie żołnierzom powojennego podziemia. Wzruszającym partyzanckim pieśniom i wierszom twórcy hitu "No jo cię kochom" dodali rockowego, marszowego pazura. Niestety dorzucili przy tym za dużo napuszonego pompatyzmu i wyszedł z tego materiał jak z ultraprawicowego wiecu. Ciekawe są pokazy multimedialne w tle. Muzycznie to jednak męczące.
@RY1@i02/2011/160/i02.2011.160.196.027a.004.jpg@RY2@
WOJCIECH PRZYLIPIAK
Solidne kino psychologiczne. Typowe amerykańskie przedmieście. Zadbany dom, wypielęgnowany ogród, a w nim atrakcyjna gospodyni koło czterdziestki. Z pracy wraca jej mąż. Wyglądają na dobrane, szczęśliwe, zamożne małżeństwo. Szybko pojawiają się na tym wizerunku rysy. Okazuje się, że tych dwoje zmaga się, każde na swój sposób, z traumatycznym bólem. Przed rokiem zginął ich czteroletni synek potrącony przez samochód. Było? Było, i to nie raz. Ale z takiego tematu zdolny reżyser zawsze zdoła coś wykrzesać. Pozornie nie ma w spojrzeniu Johna Camerona Mitchella nic nowego ani oryginalnego. Ot, klasyczna ścieżka traumy: od pozorów stabilności poprzez kryzys, ostry konflikt, aż do katastrofy. Rzeczywiście, początkowo wszystko się zgadza - postawy zostają jasno określone, role rozdzielone. Ale z czasem Mitchell zaczyna dokonywać drobnych przesunięć w psychologicznym wizerunku swych bohaterów. On wydaje się początkowo uporządkowany, stateczny, oddany, ona - sfrustrowana, niepogodzona z losem, kompensującą swój ból nadgorliwością. Z czasem jednak charakterologiczna mapa robi się bardziej skomplikowana. On już nie wydaje się tak dojrzały i idealny, a ona wcale nie taka irracjonalna w drążeniu własnego i cudzego bólu. Oboje desperacko starają się zapełnić pustkę, ale to on okazuje się zasklepiony w króliczej norze przeszłości, w pamiątkach i relikwiach, a ona, pozornie zagubiona, znacznie bardziej racjonalnie próbuje się z pułapki wydostać. Usuwa ze swego otoczenia to, co przypomina jej syna, nawiązuje kontakt z nastoletnim mimowolnym sprawcą wypadku, wreszcie szczerze rozmawia z matką. Dokonując w klasycznym scenariuszu straty drobnych przesunięć, grając akcentami, przemeblowując rysunki bohaterów, udaje się Mitchellowi nie popaść w płaską banalizację. Zgrabnie zastawia pułapki, nieśpiesznie dopowiada istotne fakty. Wychodzi z tego historia delikatnie przewrotna, ciekawie ustawiona, ale dziwnie słabo działająca na emocje. Najwyraźniej reżyser, igrając ze stereotypami, nie chciał przesadzić z sentymentalizmem i łzawym dramatyzmem, ale niechcący wyprał swój film z empatii.
@RY1@i02/2011/160/i02.2011.160.196.027a.101.jpg@RY2@
WOJTEK KAŁUŻYŃSKI
Biznes według Coenów. Wznowienie długo niedostępnego filmu "Hudsucker Proxy". Choć ta akurat komedia należy do najniżej ocenianych dzieł Coenów, to i tak wiadomo, że bracia poniżej pewnego poziomu nie schodzą. Rzecz dzieje się w Nowym Jorku pod koniec lat 50. Po śmierci właściciela firmy Hudsucker Industries kontrolę w korporacji przejmuje jeden z członków rady nadzorczej Sidney Mussburger (Paul Newman). Sytuację chce wykorzystać na własny sposób i kupić większościowy pakiet akcji firmy. Ale najpierw planuje spory przekręt: zatrudniając na stanowisku dyrektora korporacji naiwnego i niezbyt kompetentnego młodzieńca Norville’a Barnesa (Tim Robbins), chce doprowadzić do spadku wartości przedsiębiorstwa. A potem, wykupując udziały, przejąć pełnię władzy. Wszystko idzie po myśli biznesmena: Barnes wymyśla najgłupszą rzecz na świecie, "kółko do kręcenia". Tyle że hula-hoop okazuje się rynkowym hitem...
Jak na Coenów "Hudsucker Proxy" jest produkcją zaiste błahą, niedorównującą ich największym dziełom. Co z tego, skoro to wciąż świeży, zabawny, perfekcyjnie skonstruowany film. Nawet z największych banałów Coenowie potrafią skręcić obraz, który z jednej strony śmieszy, z drugiej przeraża bezmiarem ludzkiej głupoty. A jeśli to nie wystarcza, to zawsze zostaje aktorski koncert Newmana i Robbinsa.
@RY1@i02/2011/160/i02.2011.160.196.027a.102.jpg@RY2@
JAKUB DEMIAŃCZUK
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu