Szczecin, miasto pionierskie
Zamiast spędzać czas przed telewizorem, warto wybrać się na weekend do Szczecina. Na turystów czeka nie tylko najstarsze czynne kino świata, ale także cała masa atrakcji kulturalnych
Niewielka sala, spokojne, ciepłe kolory tapet, w kącie obok ekranu wiekowe pianino, na którym - gdy tylko wyświetlany jest film niemy - przygrywa prawdziwy taper. Przy bufecie połączonym z salą kinową wiszący na ścianie certyfikat Guinnessa z dumą informuje, że kino Pionier (Szczecin, aleja Wojska Polskiego 2) jest najstarszym czynnym kinem na świecie. Otwarto je 26 września 1909 roku pod nazwą Helios. Co prawda jego obecni właściciele upierają się, że szacowny przybytek dziesiątej muzy jest jeszcze o dwa lata starszy - ale niestety, odpowiednie dokumenty znaleziono już po wystawieniu dyplomu. Metryka kina budzi jednak respekt i bez korekty.
Do nabrzeża szczecińskiego portu regularnie przybija inny rekordzista: statek "Kuna" to najstarszy na świecie pływający lodołamacz rzeczny. Co prawda lodu już nie kruszy, choć mógłby, obwozi za to wycieczki po Dolnej Odrze i jej odgałęzieniach, docierając kanałami nawet do Berlina. Do najciekawszych należy rejs wokół wysp leżących w ujściu rzeki do Zalewu Szczecińskiego. Jest ich około setki, mniejszych i większych. Mimo że część z nich leży dosłownie w centrum miasta, latem wyglądają jak, nie przymierzając, delta Amazonki. Nad pasmem bujnej, nieskażonej zieleni majestatycznie trzepocą orle skrzydła bielików, a na wystających z wody suchych gałęziach, spuściwszy w dół długie dzioby, odpoczywają kormorany.
Nazwa Pionier nawiązuje nie tylko do metryki kina, lecz także pasuje jak ulał do specyficznego charakteru przygranicznego Szczecina. 65 lat temu to najdalej położone duże miasto na ziemiach zachodnich stało się prawdziwą ziemią obiecaną dla tych, którym nie po drodze było z ludową władzą. I dla wszystkich innych, pragnących ułożyć sobie życie zupełnie od nowa. Wielu z nich, gdy tylko pociąg minął pierwsze z ramion Odry, wysiadało w szczerym polu, na wyspie, myśląc, że są już u celu. Nie wszyscy docierali do miasta: grabili ich i mordowali bandyci czatujący na wyspach na nieświadomych geografii osadników.
Coś z tego poczucia izolacji zostało w mieście do dziś. Jeszcze do niedawna mieszkańcy szczecińskiego śródmieścia, położonego na lewym, zachodnim brzegu Odry, wybierając się na drugą stronę mówili, że jadą "do Polski".
Ale nawet ci spośród pionierów, którzy szczęśliwie przejechali główne ramię Odry, po wyjściu z dworca miasta nie zastawali. W 1944 r. kilka dywanowych nalotów alianckich zamieniło Szczecin w jedno wielkie gruzowisko. Większości niemieckich mieszkańców udało się uratować dzięki rozwiniętej sieci podziemnych schronów i korytarzy (część z nich mogą dziś oglądać turyści). Jednak niebawem Niemcy musieli miasto opuścić. A polscy przybysze zakasali rękawy i przystąpili do odbudowy.
Współczesny Szczecin nadal szuka swojego miejsca na mapie Polski. Położony w kącie kraju - tak przynajmniej widzi go większość Polaków - wie, że aby zostać zauważony, musi starać się o to co najmniej w dwójnasób w porównaniu z innymi, korzystniej położonymi polskimi miastami. I naprawdę się stara. Miasto wprawia w podziw chociażby samą liczbą festiwali sztuki: Kontrapunkt, InSpiracje, Spoiwa Kultury, 13 sphere, Akustyczeń, Boogie Brain, Szczecin Plus Music Fest, Festiwal Polskiego Malarstwa Współczesnego.
Nie jestem pewien, czy wymieniłem wszystkie, ale już tyle w zupełności wystarczy, by dać wyobrażenie o skali ambicji szczecinian. Zresztą nie o ilość tu chodzi. Wystarczy wspomnieć o najbardziej renomowanym spośród nich, festiwalu małych form teatralnych Kontrapunkt (w tym roku odbył się po raz 46.), który od kilku lat wystawia równocześnie w Szczecinie i w Berlinie. Mieszkańcy stolicy Niemiec wykupują bilety na pniu, a przecież Berlinowi, jak wiadomo, byle jaki teatr nie zaimponuje. Zresztą tamtejsze teatry, na czele z Berliner Ensemble, regularnie rewizytują Szczecin.
Ludzie z miasta nad Odrą, z którego jedzie się godzinę autostradą do Berlina, powoli przekonują się, że nadgraniczne położenie Szczecina nie musi oznaczać przekleństwa. Przeciwnie, zaczynają z tego wyciągać różnorakie korzyści.
Od pewnego czasu osiedlają się masowo w niemieckich miasteczkach po drugiej stronie granicy, korzystając ze znacznie niższych cen nieruchomości. Już teraz takie miejscowości, jak Loecknitz, Grambow czy Krackow, w dużym stopniu noszą polski charakter. Otwarto tam nawet polskie szkoły podstawowe. Większość osiedleńców nie zmienia pracy i regularnie dojeżdża przez granicę. Faktycznie są to przecież przedmieścia Szczecina.
@RY1@i02/2011/156/i02.2011.156.196.007a.001.jpg@RY2@
Kino Pionier
@RY1@i02/2011/156/i02.2011.156.196.007a.002.jpg@RY2@
Lodołamacz Kuna
Jacek Borkowicz
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu