Hawana narysowana
"Chico i Rita" przypomina klasyczny melodramat. Miłość, namiętność i zdrada w rytmach kubańskiego jazzu
Animacja "Chico i Rita" to prosta, szczera opowieść o miłości młodego pianisty i obdarzonej niespotykanym głosem wokalistki, przesycona iście latynoską zmysłowością. Romans dwojga bohaterów przetykany jest gorzkimi rozstaniami i słodkimi powrotami, zgodnie ze sprawdzoną formułą melodramatu. Akcja przeskakuje z Hawany do Paryża i wreszcie do Nowego Jorku, ilustrując nie tylko dzieje dramatycznej miłości obojga bohaterów, ale także losy kubańskich emigrantów.
"Chico i Rita" to kolejny wspólny projekt Fernando Trueby i Javiera Mariscala. Obaj twórcy spotkali się już przy okazji realizacji dokumentu "Ulica 54". Do ich nowego projektu dołączył również Bebo Valdés, legendarny muzyk kubański, którego bezbłędnie wygrywane melodie słyszymy też w "Chico i Ricie". Zresztą samą historię miłosną, stanowiącą oś filmu, oparto na jego biografii, dzięki czemu film stał się swoistym hołdem złożonym wiekowemu już artyście. Wokalnie wspomaga go dysponująca hipnotyzującym głosem Limara Meneses.
"Chico i Rita" to przedsięwzięcie wielopłaszczyznowe, wydano komiksową adaptację tej historii, w sklepach można znaleźć soundtrack. Piosenki, piękne i zmysłowe, nie potrzebują rysunkowej oprawy, a wydrukowana na papierze opowieść graficzna jest tak samo atrakcyjna dla oka jak ruchome obrazy. I nie szkodzi, że film jest wtórny - w końcu lubimy właśnie te piosenki, które już dobrze znamy.
Mimo rzadko spotykanego uroku, na poziomie scenariusza "Chico i Rita" nie ma do zaoferowania więcej niż przeciętna love story - być może zamierzenie, gdyż wszystko jest tutaj w stylu retro, nawet gruba, wręcz toporna kreska, dzięki której kadry przypominają stare plakaty reklamowe. Spowita kłębami cygarowego dymu, kołysząca się w jazzowym rytmie, pachnąca rumem powojenna Hawana ożywa bowiem nie za sprawą fabuły, ale rysunku i muzyki.
Kubańskiego czaru nie jest w stanie przysłonić scenariuszowa słabość, choć przecież łatwo można było sprowadzić "Chico i Ritę" do poziomu formalnej ciekawostki.
Valdes
W połowie lat 50. był gwiazdą wszystkich imprez w Hawanie. Rządził muzyką w klubie Tropicana. Zupełnie jak Chico w filmie Trueby, zaczynał w latach 30. jako pianista. Potem został głównym kompozytorem Tropicany i zakochał się w solistce tego klubu. Była to Rita Montaner, piękna, czarnooka diva. Zniszczyła mu kawałek życia, ale była również dla niego inspiracją. To dla Rity Valdes napisał swoje najlepsze utwory.
Dziś ma 93 lata, jest autorem ścieżki dźwiękowej "Chico i Rita" i jednym z ostatnich żyjących współtwórców muzycznego boomu lat 50. - grał z kolegami w Salle Pleyel w Paryżu, Radio City Music Hall oraz Palladium w Nowym Jorku. Poza własnymi kompozycjami, Valdes - jak Chico - nagrywał kompozycje Leonarda Bernsteina, George’a i Iry Gershwinów, Cole’a Portera.
Kicz filmu Trueby, wszechobecną przesadę łatwiej zrozumieć, jeśli pomyślicie, że scenariusz został skomponowany jak bolero. Jest zatem utracona miłość, a nawet więcej - tracona po wielokroć. Są uczucia boleśnie ciągnące się w nieskończoność - tęsknota oraz smutek przegranej. Od czasu do czasu wiatr powiewa firanką w pustym pokoju i brzmi "Bésame mucho" Consuelo Velázquez. Wsłuchajcie się w ten tekst, pamiętając, że napisała go 20-letnia dziewczyna, której do wtedy nikt jeszcze nigdy nie pocałował.
MS
@RY1@i02/2011/126/i02.2011.126.196.023a.001.jpg@RY2@
Bartosz Czartoryski
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu