Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo

Zapomniane królestwo Aszantów

27 czerwca 2018

Pomysł na pokazanie problemu współczesnego niewolnictwa w konwencji filmu przygodowego nie mógł się udać. Jednak warto obejrzeć "Ashanti" choćby ze względu na Petera Ustinova

Para lekarzy ze Światowej Organizacji Zdrowia trafia do murzyńskiej wioski, gdzieś w zachodniej Afryce. Podczas gdy mąż podaje dzieciom szczepionkę, żona idzie wykąpać się nad rzekę. Tam porywają ją handlarze niewolników, nie wiedząc o tym, że czarnoskóra ofiara jest Amerykanką. Zdesperowany mąż ściga porywaczy przez całą północną Afrykę, dopóki, po wielu perypetiach, szczęśliwie nie odbije małżonki z rąk arabskiego szejka.

Pomysł na pokazanie widzom problemu współczesnego niewolnictwa w konwencji filmu przygodowego nie mógł się udać. "Ashanti" Richarda Fleischera, hollywoodzka produkcja z 1979 r., razi papierowym i naiwnym scenariuszem. Krytyka zjechała go niemiłosiernie. Film zresztą nie miał szczęścia od samego początku: podczas kręcenia zdjęć na Saharze reżyser dostał udaru słonecznego, co wstrzymało na jakiś czas całą realizację.

Gdy już jednak założymy, by nie spodziewać się ambitnego dzieła, oglądanie "Ashanti" może nam przynieść inną satysfakcję: to istna galeria znanych i charakterystycznych postaci aktorskich.

Wybijają się tutaj takie sławy, jak Peter Ustinov (wredny handlarz niewolników Sulejman nie potrafi jakoś wzbudzić naszej odrazy), Omar Sharif (saudyjski szejk Hassan) czy Kabir Bedi (mściciel z pustyni, stylizowany na Rudolfa Valentino). Trójka aktorów, z racji pochodzenia, otoczona jest mirażem wschodniej legendy - Omar Sharif wywodzi się z rodziny libańskich chrześcijan, Kabir Bedi był Sikhem, natomiast Peter Ustinov miał w żyłach krew rosyjskich i etiopskich arystokratów, a do tego żydowskiego pradziadka z Krakowa. Dodajmy tu jeszcze inną hollywoodzką gwiazdę, Williama Holdena, który gra wyrachowanego, choć niepozbawionego ludzkich uczuć najemnika. Na ich tle blednie gra Michaela Cainea i czarnoskórej top modelki Beverly Johnson, grających głównych bohaterów.

Film, choć w naiwny sposób, zwracał jednak uwagę na faktyczne istnienie zakazanego prawem niewolnictwa w północnej Afryce, co pod koniec lat 70. nie było jeszcze zauważane na Zachodzie. Obraz kolumny czarnoskórych jeńców, prowadzonych w łańcuchach przez całą saharyjską pustynię aż do Morza Czerwonego jest jednak nieprawdziwy. Takie rzeczy działy się - i dzieją nadal - w południowym Sudanie, ale nie w Ghanie, położonej w zachodniej Afryce. Arabskim handlarzom ludzi nie opłacałyby się tak dalekie, ryzykowne wycieczki, w dodatku połączone z nielegalnym przekraczaniem kilku granic państwowych.

Nie znaczy to, by w samej Ghanie nie istniał problem współczesnego niewolnictwa, ale Arabowie nic z tym nie mają wspólnego: Ghańczyków gnębią ich właśni rodacy.

Co prawda dzięki tej niekonsekwencji widz może nieco posmakować kultury tytułowego ludu Aszantów, największego i najciekawszego narodu Ghany, który wydał Kofiego Annana, sekretarza generalnego ONZ i laureata Nagrody Nobla. Aszantowie tworzyli niegdyś potężne królestwo, którego skutecznie bronili przed angielskimi kolonizatorami do końca XIX wieku. Symbol ich niepodległości, Złoty Stołek, na którym zasiadali dumni królowie, przetrwał do dziś.

W filmie jest scena, w której spętany murzyński niewolnik doprowadza do śmierci swojego nadzorcę, dusząc go na odległość za pomocą fetysza zrobionego z kawałka kości. Wygląda to fantastycznie, ale akurat takie rzeczy dzieją się tam naprawdę. W końcu to z zachodniej Afryki przybyła na Karaiby magia voodoo, znana na całym świecie dzięki filmom o zombie.

Akosua Busia, grająca epizodyczną rolę młodej niewolnicy, naprawdę urodziła się w Ghanie, w dodatku w starej królewskiej rodzinie, jako córka premiera tego kraju. "Ashanti" było debiutem aktorki, która miała wtedy zaledwie 13 lat. W sześć lat później zdobyła światową sławę, grając Nettie w "Kolorze purpury" Stevena Spielberga.

@RY1@i02/2011/117/i02.2011.117.196.0008.001.jpg@RY2@

FOT. MEDIUM

Handlarz niewolników w wykonaniu Petera Ustinova jakoś nie wzbudza naszej odrazy

Jacek Borkowicz

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.