Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

Tydzień dobrego kina

27 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 8 minut

Festiwal w Gdyni pokazał, że nasza kinematografia kręci się w dobrym kierunku. I to z ciekawymi efektami

Zmiany, które w formule festiwalu wprowadził nowy dyrektor artystyczny Michał Chaciński, przyniosły efekt. Miałem spore wątpliwości, czy ograniczenie liczby filmów konkursowych do dwunastu, okrojenie pozakonkursowej panoramy nie zmienią charakteru festiwalu, nie odbierze mu funkcji przeglądu naszego stanu posiadania. Tak się rzeczywiście stało, tyle że wyszło to wszystkim na zdrowie. Gdynia nie pokazała w tym roku tak wyraźnie jak w poprzednich latach, jakie polskie kino jest naprawdę w całości, za to dokładniej dało się zobaczyć wielość twarzy, języków, talentów, jakie objawia ekstraklasa tego kina. Polityka ostrej selekcji może i zaciemniła obraz, ale po ćwiczeniach praktycznych wolę festiwal z twarzą niż dominację bylejakości.

Eksperyment z międzynarodowym jury budzi uczucia mieszane. Z jednej strony chyba dobrze nie skazywać się na zaściankowość, przeglądać w oczach innych zamiast narzekać, że naszych najlepszych filmów brakuje w konkursach największych światowych festiwali. Z drugiej jednak strony to, że wygrały filmy, które znamy już z kinowych ekranów, wcześniej już docenione za granicą - "Essential Killing" Jerzego Skolimowskiego nagrodzony w Wenecji, "Sala samobójców" Jana Komasy pokazywana w Berlinie i "Młyn i krzyż" Lecha Majewskiego z udziałem światowych gwiazd - stawia wiele pytań i wątpliwości. Czyżby to sygnał, że tylko mówiąc o problemach uniwersalnych, globalnych, zrozumiałych, wszędzie mamy szansę dotrzeć do zagranicznej widowni, czy tylko znak, że nie potrafimy mówić o sobie językiem zrozumiałym dla innych. Moim zdaniem potrafimy i ten festiwal to udowodnił, a to, że najlepsze filmy nie wygrały, to na szczęście już zupełnie inna sprawa niż kontrowersyjne triumfy "Małej Moskwy" czy "Różyczki" w ubiegłych latach. Bo choć najlepszymi filmami w Gdyni wedle dość powszechnej opinii były "Róża" Wojciecha Smarzowskiego i "Wymyk" Grega Zglińskiego, to zwycięstwo "Essential Killing" nie jest jakąś chybioną akcją promującą "kino dla ludzi", ale zwyczajnym zwycięstwem dobrego nad lepszym, co zdarza się dość powszechnie nawet na największych światowych festiwalach.

Inna sprawa, że tłumaczenia jurorów, którzy nie zrozumieli "Róży" i zadawali jej pytania w rodzaju co to jest AK, uważam za dość bzdurne. Bo przecież "Róża" to niemal klasyczne kino gatunków - mówi kodem westernowym, językiem melodramatu i dookreślanie historycznego kontekstu nie jest tu do niczego potrzebne. Smarzowski odwraca znaki szkoły polskiej, narusza historyczne tabu. Świadomie, inteligentnie, prowokacyjnie. Jego film jest mocny, brutalny, szokuje scenami seryjnych gwałtów, ale pozostaje wierny gatunkowej ramie, choć okrucieństwa i przemocy nie oswaja konwencją. "Róża" dostała nagrodę dziennikarzy i Złotego Klakiera przyznawanego przez publiczność, ale jurorzy wyróżnili w werdykcie, skądinąd słusznie, tylko grającego główną rolę Marcina Dorocińskiego. Z kolei "Wymyk" Zglińskiego także został niedoceniony w werdykcie jurorskim, bo nagrodzony dość absurdalnie za drugi debiut i rolę Gabrieli Muskały. Tymczasem być może był to najbardziej uniwersalny film konkursu. Opowieść o dwóch braciach - współczesnym Kainie i Ablu - zaskakuje dojrzałością, precyzją, emocjonalną temperaturą rozpiętą między lodowatym chłodem i gorączką. Ten film od pierwszej do ostatniej sceny realizuje precyzyjnie artystyczny zamysł swego twórcy, rozpięty między poetyką thrillera a moralitetem stawiającym pytania o możliwość samozbawienia, odkupienie w sytuacji całkowitej utraty wiary w sacrum, wartości, własne człowieczeństwo.

W konkursie zabrakło co najmniej trzech dobrych filmów, które udało mi się obejrzeć w całości lub we fragmentach: "W ciemności" Agnieszki Holland, "Sponsoringu" Małgorzaty Szumowskiej i "Baby są jakieś dziwne" Marka Koterskiego. Gdyby Koterski zdążył na czas, a Szumowska i Holland nie wybrały Wenecji, wszystkie te trzy filmy z pewnością znalazłyby się w konkursie nie bez szans na nagrody. Zatem nie tylko festiwal w nowej formule był udany, lecz także, co ważniejsze, polskie kino ma za sobą dobry rok. Przed sobą zresztą też, bo przecież gdyńskie premiery zaraz po wakacjach zaczną wchodzić na ekrany kin. Jestem dziwnie spokojny o to, że większość z nich znajdzie swoją publiczność.

@RY1@i02/2011/117/i02.2011.117.196.027a.001.jpg@RY2@

Za rolę w "Ki" Roma Gąsiorowska dostała nagrodę dla najlepszej aktorki

Wojtek Kałużyński

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.