Księgi Petera
"Księgi Prospera" to pierwszy z kluczowych filmów w dorobku Petera Greenawaya, które w tym roku trafią do obiegu DVD
Peter Greenaway, ojciec filmowego postmodernizmu, był równie intensywnie adorowany przez wielbicieli, co krytykowany przez oponentów. Wytykano mu pustosłowie i intelektualną hochsztaplerkę. Nawet dzisiaj, kiedy reżyser największe sukcesy ma już za sobą, Greenawaya albo się kocha, albo nienawidzi.
Greenaway twierdzi, że kino jako takie w jego mniemaniu przestało istnieć. Nie rozwija się pod względem wizualnym, stając się jedynie ekwiwalentem słowa. "Naprawdę lepiej w tej sytuacji poczytać książkę" - mówi. Ostatnie, zupełnie nieudane filmy Greenawaya są albo efektem braku wiary reżysera w kino, albo wynikiem twórczego impasu. W każdym razie, zanim wspólnie z autorem "Wyliczanki" uśmiercimy film, warto raz jeszcze powrócić do czasów, kiedy kino było dla niego "cudownym, przeklętym snem".
Takim właśnie snem są "Księgi Prospera" z 1991 roku, oparte na szekspirowskiej "Burzy": jeden z najpiękniejszych wizualnie filmów lat dziewięćdziesiątych XX wieku. To był wspólny sukces Greenawaya - reżysera i scenarzysty - wybitnego aktora Johna Gielguda, operatora Sachy Vierny’ego oraz kompozytora Michaela Nymana.
Rozgrywająca się w pierwszych latach XVII wieku historia Prospera (Gielgud), księcia Mediolanu, który zesłany na wyspę na środku oceanu przez swojego brata, króla Neapolu, studiując zbiór mądrych ksiąg, wchodzi w posiadanie tajemnej wiedzy, dzięki której zamienia wyspę w renesansowe miasto, w ujęciu Greenawaya stała się przewrotną opowieścią o straceńczym demiurgu. Prospero jest w filmie również Szekspirem piszącym w więziennej celi "Burzę" - sztukę, którą właśnie oglądamy. Literatura spotyka się z kinem, film z malarstwem, sztuki piękne z turpistycznie pokazaną nagością.
Krnąbrny duch Ariel w filmie Greenawaya przybiera wieloraką postać. Jest dzieckiem, nastolatkiem, dojrzałym mężczyzną, a czasami wszystkimi typami jednocześnie. Mam wrażenie, że Greenaway z czasów "Ksiąg Prospera" był również Arielem. Lekko cynicznym, skorym do żartów, prowokatorskim duchem europejskiego kina, który w swoich eksperymentach uparcie poszukiwał kolejnych możliwości rozszerzania języka filmowego: najpierw o niepokojące muzyczne frazy, potem malarstwo, video-art, wreszcie o internet i nowe sztuki wizualne. Oglądając najnowsze, również galeryjne przedsięwzięcia Petera Greenawaya, można odnieść wrażenie, że ten wytrwały poszukiwacz sensów w pewnym momencie zagubił się w kojarzeniu ich w całości. A może to tylko przekora, kolejny żart Ariela? Być może Greenaway, niczym Prospero w "Burzy" Szekspira, szykuje się właśnie do objawienia kolejnej, filmowo jeszcze niezapisanej księgi...
@RY1@i02/2011/102/i02.2011.102.196.030a.001.jpg@RY2@
@RY1@i02/2011/102/i02.2011.102.196.030a.002.jpg@RY2@
Łukasz Maciejewski
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu