Powrót na Manhattan
Najbardziej allenowski film Woody’ego Allena od ładnych kilku lat. Premiera "Co nas kręci, co nas podnieca" w piątek na Canal+
Polski tytuł filmu Allena za wszelką cenę stara się oryginalne "Whatever Works" podkręcić na bardziej chwytliwą nutę. Zupełnie niepotrzebnie. Bo po pierwsze jeden z ostatnich filmów Allena bardziej jest o tym, że największe dziwactwa wychodzą na zdrowie, dopóki działają, niż o zakazanych podnietach. Bardziej o tym, że to, co kręci i podnieca, jakkolwiek by było ekscentryczne i nie po bożemu, jeśli się sprawdza w praktyce, jest o całe niebo lepsze od tego, co normalne.
Po drugie Woody’ego Allena w takiej formie wcale nie trzeba tytułami podkręcać, bo on swego widza i tak znajdzie.Tego samego, który uwielbia "Annie Hall", "Manhattan" czy "Hannah i jej siostry". Bo powrót Allena do Nowego Jorku to również powrót jego najbardziej emblematycznego bohatera: neurotycznego, hipochondrycznego intelektualisty z problemami egzystencjalnymi i seksualnymi.
Fakt, że tym razem nie gra go sam Woody Allen, ale mało u nas znany Larry David, niewiele zmienia. I tak wiadomo, że przekonany o własnej genialności, niedoszły laureat Nobla Boris to kolejne wcielenie od lat znanej figury, tyle że posunięty w latach. Boris, odkąd rozwiódł się z żoną, która w jego własnym mniemaniu intelektualnie tkwiła na poziomie warzywa, mieszka samotnie, pielęgnując okazałą galerię mizantropijnych natręctw. Zarabia na życie, ucząc gry w szachy dzieci, które bez żenady wyzywa od bezmózgowców.
Tak samo traktuje dwudziestoletnią, niezbyt rozgarniętą Melody (Evan Rachel Wood) - dziewczynę z prowincji, która przybywszy do Nowego Jorku, znajduje u niego tymczasową przystań. Oczywiście przewraca mu życie do góry nogami, zwłaszcza że jej tropem przybywa niebawem religijnie nawiedzona mamuśka, a potem i bogobojny, choć z premedytacją łamiący dziewiąte przykazanie tatuś. Robi się z tego mętlik nie do opisania. Losy bohaterów zanurzanych jak frytki w sosie artystycznych elit Manhattanu i okolic przybierają zgoła nieoczekiwany obrót. A Allen kpi po drodze ze wszystkiego: z bigoterii, politycznej poprawności, pseudointelektualnej paplaniny i artystowskich póz. Bawi się przy tym swoimi własnymi klockami, a jego narratorskie alter ego wyrywa nas co chwila z błogostanu dobrej zabawy cudzym kosztem, przemawiając bezpośrednio do kinowych widzów. Nie ma dwóch zdań - allenowskie szaleństwo od pierwszej do ostatniej sceny.
I to w najlepszym wydaniu. Tętniące absurdalnym rytmem, skrzące się lotnymi dialogami, co chwila aranżujące groteskowe qui pro quo, a zarazem wcale nie tak bardzo oderwane od życia, jak się z pozoru wydaje.
Choć dawno mnie tak nikt nie ubawił, nie zmusił do dzikiego rechotu, to jednocześnie dawno nikt nie dał mi do śmiechu tak dobrego alibi jak właśnie Woody Allen. Bo też nie jest to śmiech pusty, ale podszyty swoistym moralnym niepokojem, ogarniający krajobraz po bankructwie norm i wartości wyrozumiałym spojrzeniem zza wyczulonych na absurd codzienności okularów. Wnioski są tyleż optymistyczne, ile banalne, ale cóż. Cokolwiek działa, choćby było i błahe, i tak jest lepsze od tego, co ważkie, ale nie działa. Tak czy owak obcowanie z Allenem w tak rewelacyjnej formie to czysta przyjemność.
@RY1@i02/2011/097/i02.2011.097.196.004a.001.jpg@RY2@
Wojtek Kałużyński
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu