Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

Jak koń na wybiegu

Ten tekst przeczytasz w 2 minuty

Najfajniejsze jest pisanie scenariusza do filmu, w którym zagra się główną rolę - mówi Martina Haag

Martina Haag: W 60 procentach Bella to ja. Podobnie jak moja bohaterka długo czekałam na rolę w dużej produkcji, na castingach dawałam z siebie wszystko, a i tak telefon milczał. Czytałam wtedy kryminały, biografie sławnych ludzi. Przez 20 lat grałam epizody i małe teatralne role. Dopiero kiedy zaczęłam pisać, moja kariera nabrała tempa. Wydaje mi się, że pisząc o własnych doświadczeniach, jest się prawdziwszym.

Nie do końca. Bella jest bardziej nowoczesna niż Bridget, której receptą na wszelkie problemy jest poznanie właściwego mężczyzny. Bella chce od życia znacznie więcej. Chce spełnienia marzeń o aktorskiej karierze. Pragnie udowodnić, że potrafi dobrze grać.

Owszem, poznałam mistrza na korytarzu w Dramatycznym. Kiedy powiedział do mnie "Cześć", nogi się pode mną ugięły. I chociaż miał około 90 lat, wciąż był atrakcyjny, miał w oczach ogień. Poza tym oczywiście był ikoną szwedzkiej reżyserii. Jeśli zatem Bella ma u kogoś grać, spełniając największe marzenia, to tylko u największego. Doszły mnie nawet słuchy, że Bergman przeczytał moją książkę, ale nie wiem, jak zareagował.

Wszystko ma dwie strony. Moi bohaterowie żyją dzisiaj wśród morderczej rywalizacji, zawodów miłosnych, w dobie, kiedy kariera staje się sensem życia. Owszem, to smutna perspektywa, ale prawdziwa.

Z jednej strony jest łatwiej, bo wiem, jakie są motywacje Belli, w końcu sama ją wymyśliłam. Z drugiej - trudniej, bo wizja reżysera może być inna. Dlatego przed rozpoczęciem zdjęć odbyliśmy z Hannesem Holmem serię rozmów na temat postaci. Po wejściu na plan nie mogłam się już wtrącać w jego wizję filmu - on czuwał nad całością. Ale kiedy zdarzało się coś nieprzewidzianego, np. zaczęło padać, to Hannes prosił, bym na chwilę znów stała się autorką scenariusza i dopasowała scenę do deszczu. Okazało się też, że w Wiedniu mieliśmy mniej czasu, niż zamierzaliśmy, i musiałam skrócić część scen.

Kiedy oddaję felieton, czuję, że jest idealny i nikt nie ma prawa w niego ingerować. Dlatego jeśli musiałam skracać sceny, wykreślałam kwestie, które mówią inni, przede wszystkim mężczyźni. Nie wykreślałam tego, co mówi Bella (śmiech).

Oj tak. Kiedy aktor nie gra, to tak jakby nie oddychał. Przez wiele miesięcy czułam się jak koń, który nie może się wybiegać. Potem pojawiło się pisanie i w krótkim czasie zarobiłam znacznie więcej niż jako aktorka. Za honorarium za książkę "Wspaniała i kochana..." kupiłam sobie dom. Szybko też przekonałam się, że najfajniejsze jest pisanie scenariusza do filmu, w którym się potem zagra. Dlatego teraz piszę tylko takie książki (śmiech).

Kiedy dzwonili producenci, którzy chcieli kupić prawa do jej ekranizacji, mówiłam im: "Możemy się spotkać, ale musisz wiedzieć jedną rzecz - to ja zagram główną bohaterkę".

Musiałam wziąć sprawy w swoje ręce. Jeżeli będzie się tylko marzyć, żeby życie się zaczęło, to może się nigdy nie zacząć. Dlatego napisałam kontynuację historii Belli.

Haag jest autorką bestsellerów z ambicjami aktorskimi. Ma ewidentne parcie na szkło. Jej powieść "Wspaniała i kochana przez wszystkich" była największym bestsellerem 2005 roku w Skandynawii. W filmie na podstawie własnej książki nie tylko figuruje jako współautorka scenariusza, ale także odtwórczyni głównej roli. Kompromitująco słabo zagranej.

A przecież mogło być zupełnie przyzwoicie. Gdyby nie aktorski blamaż Martiny Haag, film byłby całkiem sympatyczny. Najbardziej spodobał mi się narracyjny koncept delikatnej ironii z mitu wielkiego Ingmara Bergmana. Twórca "Sonaty jesiennej" nie pojawia się wprawdzie na ekranie, ale funkcjonuje jako święty potwór. Komedia kręcona jeszcze za życia Bergmana pokazuje go jako niekwestionowanego mistrza wśród szwedzkich aktorów. O Bergmanie szepce się z miłością i nienawiścią.

Bella (Martina Haag) marzy o roli w przedstawieniu mistrza. A jeżeli nie u Bergmana, to... u kogokolwiek innego. Jest przeciętną aktorką, doskonale zdaje sobie sprawę z własnych ograniczeń, ale nie zraża się tak łatwo. Wyspecjalizowała się zwłaszcza w pisaniu fantazyjnych listów motywacyjnych. Skoro Bergman potrzebuje do spektaklu akrobatki, Bella może być specjalistką w gimnastyce artystycznej. A to, że niewiele w sumie potrafi, jakoś jej nie deprymuje.

W filmie Hannesa Holma oryginalny jest wyłącznie punkt wyjścia, gdyż w ślad za Bergmanem wlecze się ogon telenowelowy. Bella - jak Bridget - jest niezadowolona z wyglądu, samotna, wiecznie spłukana i głodna. Ma apetyt na seks, żarcie i nowe wrażenia. A w ciągu darowanego jej miesiąca, podczas którego musi zostać mistrzynią salta, wykona również prywatne salto mortale. Zakocha się, odzyska upragniony spokój. A na koniec odzyska utraconą kobiecość, mszcząc się okrutnie na tandetnym fagasie. Bla, bla, bla. Łukasz Maciejewski

@RY1@i02/2011/097/i02.2011.097.000.026a.001.jpg@RY2@

Rozmawiała Agnieszka Michalak

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.