Miliarder prosto z ulicy
John Paul DeJoria dwa razy w swoim życiu był bezdomny. Mimo to udało mu się stworzyć dwie wielkie firmy i stać się jednym z najhojniejszych społeczników Ameryki
Historia Johna Paula DeJorii to wręcz klasyczna opowieść z gatunku od zera do miliardera. Bezdomnemu chłopakowi z przedmieść Los Angeles, mieszkającemu w starym samochodzie, udało się zbudować dwie firmy warte dziś ok. 2 mld dol. Gdy spełnił sen o bogactwie i sytości, nie zamknął się w otoczonej wielkim murem rezydencji, by napawać się luksusem i milionami. Współtwórca firmy John Paul Mitchell Systems, produkującej kosmetyki oraz akcesoria fryzjerskie, jest jednym z największych społeczników wśród amerykańskich miliarderów. Wszędzie go pełno: finansuje przedsiębiorstwa zajmujące się pozyskiwaniem energii w przyjazny środowisku sposób, ratuje małe foki przed pałkami kanadyjskich myśliwych, wspiera organizacje zajmujące się rozminowywaniem państw Trzeciego Świata oraz... próbuje walczyć z otyłością wśród Amerykanów.
Ostatnio pochłonęło go właśnie to ostatnie wyzwanie, na które nie żałuje pieniędzy. Niepoważne? Już dziś aż 64 proc. dorosłej populacji Ameryki, najwięcej na świecie (choć Stany Zjednoczone są szybko gonione przez Chiny oraz Indie), ma nadwagę lub jest otyła. To oznacza dla państwa wielkie wydatki, czynione najczęściej kosztem edukacji i kultury. Na walkę z chorobami wywołanymi przez otyłość (np. cukrzycę i schorzenia układu krążenia) służba zdrowia wydaje już rocznie 147 mld dol. - ta suma podwoiła się w ciągu ostatniej dekady! Na leczenie nowotworów zaledwie 93 mld dol. - Powstrzymanie fali otyłości to teraz dla nas najważniejsze zadanie. Jeśli tego nie zrobimy, załamią się systemy socjalne - alarmował w ubiegłym roku szef Centrum Zapobiegania Chorobom Thomas Frieden.
Rząd centralny jest jednak bezradny wobec tego problemu, choć Michelle Obama - w ramach walki z plagą otyłości - spektakularnie posadziła sałatę w ogródku koło Białego Domu. Na dodatek kryzys sprawił, że jeszcze więcej Amerykanów obrosło w kilogramy. Kłopoty ze spłaceniem kredytów zaciągniętych na domy spowodowały, że musieli zacisnąć pasa, więc w pierwszej kolejności przerzucili się na tańszą żywność, serwowaną głównie w barach. W tej sytuacji DeJoria postanowił wziąć sprawy w swoje ręce: wraz z Berea College z Kentucky uruchomił program "Grow Appalachia". Jego założenia mogą dla nas być śmieszne, ale w Ameryce to novum. Finansowana przez niego fundacja naucza Amerykanów zamieszkujących Appalachy zasad zdrowego odżywiania oraz uprawy własnych ogródków, w których mogą sadzić warzywa i owoce. Dlaczego akurat ten region? - Jedno na troje dzieci z Appalachów cierpi na cukrzycę wywołaną przez złą dietę. Często do najbliższego sklepu, w którym można kupić świeże jedzenie, trzeba jechać samochodem nawet pół godziny - mówi DeJoria.
Jednocześnie z praktyczną nauką dbania o dietę jego fundacja prowadzi kampanię edukacyjną zwracająca uwagę na zagrożenie dla zdrowia (i portfeli - wydatki na leczenie), jakim może być jedzenie sprzedawane w supermarketach. Mało który Amerykanin wie o tym, że popularne koktajle kawowe z dodatkiem bitej śmietany oraz różnorakich polew mają często nawet ponad 3 tys. kalorii. Tyle dziennie powinien przyswajać ciężko pracujący górnik.
Przy okazji programu "Grow Appalachia" DeJoria realizuje kolejną pasję: zachęca ludzi do tworzenia przydomowych ogródków. - Od małego mam słabość do zieleni, bo tam, gdzie się urodziłem i wychowałem, otaczała mnie betonowa pustynia - opowiadał w jednym z wywiadów.
67-letni dziś posiadacz majątku wycenionego przez magazyn "Forbes" na 4,2 mld dol. urodził się na przedmieściach Los Angeles, w Echo Park, we włosko-greckiej rodzinie imigrantów. Do tak olbrzymiego bogactwa doszedł wyłącznie własną pracą. A zaczął ją już w wieku 9 lat: z bratem krążył po domach, by sprzedawać świąteczne kartki oraz encyklopedie. Rok później rozwoził gazety: codziennie wstawał o 4 rano i na rowerze przejeżdżał kilka kilometrów. Zarabiane przez niego pieniądze nie poprawiły sytuacji rodziny - matka (ojciec zmarł, gdy DeJoria miał 2 lata) została zmuszona do oddania go do rodziny zastępczej.
W jego biografii nie ma miejsca na dobre szkoły, przykładną edukację i przyzwoite posady. Imał się najróżniejszych zajęć (m.in. naprawiał rowery), by zarobić już na swoją własną rodzinę. Gdy miał 22 lata, po raz pierwszy wylądował na ulicy wraz z maleńkim synkiem. Żona wyrzuciła go z domu. Spał w samochodzie, przez pewien czas utrzymywał się ze zbierania i sprzedaży wyrzuconych przy drodze pustych szklanych butelek po coli (3 dol. dziennie). - Moim marzeniem było wówczas zarabianie 150 dol. tygodniowo, by starczyło na wynajęcie niewielkiego mieszkania - mówi. Drugi raz trafił na ulicę w 1980 r., tuż przed uruchomieniem firmy. Tym razem to on porzucił żonę. Na szczęście nie musiał zbyt długo mieszkać w samochodzie, bo pomysł na biznes wypalił.
John Paul DeJoria spotkał równie głodnego sukcesu Paula Mitchella i razem postanowili zarobić wielkie pieniądze. Postawili na kosmetyki dla fryzjerów, bo DeJoria miał niewielkie doświadczenie w branży - udało mu się przepracować kilka miesięcy w Redken Laboratories (własność L’Oreal), zanim został wyrzucony. Założyli więc firmę John Paul Mitchell Systems, na którą każdy z nich wysupłał po 350 dol. - Wystarczyło na zlecenie produkcji pierwszej partii szamponu. Potem pukałem do każdego salonu i zakładu fryzjerskiego w okolicy. Towar powoli się przyjmował - opowiada.
Firma rosła, a DeJoria wykazał się wrodzonym talentem do biznesu oraz zarządzania: dzięki jego umiejętnościom przedsiębiorstwo jest obecnie warte 900 mln dol. Po pierwsze do minimum ograniczył liczebność menedżerów średniego szczebla oraz administracji, dzięki czemu mógł zatrudnić więcej naukowców oraz zwykłych robotników. Po drugie - wypłaca dobre pensje, by zatrzymać najlepszych. Wszystkim pozostałym gwarantuje darmowy lunch (jeśli przyniosą własne sztućce, by w trosce o środowisko nie używać plastikowych) i zwrot kosztów paliwa, jeśli będzie się do pracy podwozić kolegów (carpooling). Opłaciło się: w ciągu ostatnich dwóch dekad z firmy odeszła jedynie garstka pracowników.
- Gdy w biznesie pokona się takie problemy, z jakimi my musieliśmy się zmierzyć na początku, potem już wszystko jest łatwe. Nie chodzi tylko o to, że nie mieliśmy pieniędzy, nie sprzyjała nam także sytuacja makroekonomiczna. Trzy dekady temu inflacja przekraczała 12 proc., stopy procentowe wynosiły niemal 20 proc. - opowiada. Gdy więc tylko John Paul Mitchell Systems mocno zakorzeniło się na rynku, DeJoria założył Patron Spirits Company, firmę produkującą tequilę. I znów odniósł sukces.
- Pieniądze mnie zmieniły. Myślę, że na lepsze. Gdy byłem mały, to marzyłem o tym, jak mógłbym zmienić świat. Dziś stać mnie, więc to robię - mówi DeJoria. Przede wszystkim postawił na środowisko. Zrobił to, zanim jeszcze ekologia stała się modna. Produkcja w jego fabrykach jest tak zorganizowana, by jak najmniej truć. Dwie rezydencje - w Kalifornii oraz na Hawajach - wyposażył w ogniwa fotowoltaiczne. Najczęściej jeździ motorem Victory, który brytyjska firma specjalnie dla niego przystosowała do etanolu. Zaangażował się również we wspieranie firm pozyskujących energię w sposób ekologiczny, co nie oznacza tylko inwestycji w elektrownie słoneczne czy w farmy wiatrowe. Współfinansuje powstanie w Tunezji zakładu petrochemicznego nowej generacji, którego negatywny wpływ na środowisko byłby minimalny.
- Wszędzie go pełno. Wśród naszych miliarderów jest jedynym w swoim rodzaju. Z jednej strony wymagający biznesmen, który potrafi twardo zarządzać firmami. Z drugiej - jedna z najbardziej wrażliwych osób, która angażuje się niemal we wszystkie akcje społeczne. Tak wychowała go ulica - mówi "DGP" Juliette O’Brien, ekonomistka z uniwersytetu w San Francisco. W kanadyjskiej Arktyce broni małych fok przed myśliwymi, którzy ogłuszają je pałkami oraz kijami bejsbolowymi i jeszcze z żywych ściągają futra. Sponsoruje rozminowywanie strefy przygranicznej w Korei oraz ziem w państwach Trzeciego Świata, by ponownie mogli na nich pracować chłopi. Można długo wymieniać: sponsoruje programy edukacyjne, szpitale, doradza prezydentowi Barackowi Obamie, choć sam pozostaje zwolennikiem Partii Republikańskiej.
- Jest jedna zasadnicza różnica między ludźmi, którzy odnieśli sukces, i tymi, którzy doznali porażki. Ludzie sukcesu zajmują się wieloma rzeczami, których nie chcą podjąć się późniejsi przegrani. Gdy dziesięć osób z rzędu zatrzaśnie ci drzwi przed nosem, idziesz do jedenastej i się uśmiechasz. Tego nauczyła mnie ulica - podkreśla. I dodaje, że bogactwem trzeba się dzielić. Nie jest gołosłowny. Jako jeden z pierwszych dołączył do inicjatywy Billa Gatesa i Warrena E. Buffetta "Giving Pledge", którzy zachęcają najbogatszych Amerykanów do przekazania co najmniej połowy majątku na cele charytatywne.
@RY1@i02/2011/092/i02.2011.092.186.0014.001.jpg@RY2@
Fot. AP
DeJoria zbił majątek na kosmetykach oraz akcesoriach dla fryzjerów. Od lat sporą część pieniędzy przeznacza na cele społeczne. Ostatnio przyłączył się do inicjatywy Billa Gatesa i Warrena E. Buffetta "Giving Pledge"
Piotr Czarnowski
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu