Wejdź do gry
Kiedyś rewolucja, dziś kolejny popcornowy hit. "Tron" wrócił. Warto było?
Przed laty tysiące nastolatków emocjonowały się pojedynkiem wciągniętego do cyberprzestrzeni Kevina Flynna (Jeff Bridges) z samoświadomym Głównym Programem Sterującym. W 1982 roku technika komputerowa ciągle raczkowała, ale coraz częściej Hollywood sięgało po podobne. I dostrzegało liczne zagrożenia z komputerami związane: to nie tylko "Tron", ale także późniejsze "Gry wojenne" i "Terminator".
Blisko trzydzieści lat po premierze jesteśmy bliżej stworzenia prawdziwej sztucznej inteligencji, niż twórcom "Tronu" mogło się choćby śnić. Filmowa technologia pozwala na wykreowanie dowolnych fantastycznych światów. A jednak Disney postanowił przypomnieć widzom "Tron", szykując "Dziedzictwo", jego bezpośrednią kontynuację, której akcja rozgrywa się dwadzieścia kilka lat po wydarzeniach pokazanych w oryginale.
Tym razem głównym bohaterem jest Sam, syn Flynna, niepokorny dziedzic jego komputerowego imperium. Kevin zaginął bez śladu kilkanaście lat wcześniej - jak się okazuje, ponownie uwięziony w cyberprzestrzeni. Dla Sama jedyną szansą na spotkanie ojca jest więc wejście w wirtualny - na dodatek bardzo niebezpieczny - świat.
Niby w "Tronie: Dziedzictwo" wszystko jest od oryginału lepsze: ciekawszy scenariusz, szybsza akcja, naturalnie lepsze efekty specjalne (świetnie została w tym przypadku wykorzystana technologia trójwymiarowa - film w wersji 3D ukazał się na płytach Blu-ray), nawet Jeff Bridges jest jeszcze lepszym aktorem, niż był trzydzieści lat temu. A skoro wszystko jest lepsze, to dlaczego druga część serii jest od oryginału gorsza?
Przede wszystkim dlatego, że "Tron" stracił niejako rację bytu. Kiedyś był rozrywką, ale i wyraźnym ostrzeżeniem przed zagrożeniami płynącymi ze zbytniego zaufania w moc obliczeniową komputerów. Ostrzeżeniem, jak się miało wkrótce okazać, przesadzonym i wyolbrzymionym, ale na początku lat 80. zdecydowanie aktualnym.
Nowy "Tron" jest wyłącznie rozrywką, perfekcyjnie skrojoną pod gusta masowej publiczności, która podczas seansu będzie bawić się świetnie, ale godzinę później nie będzie do końca pamiętać, o co w tym wszystkim chodziło, ale być może kupi płytę ze świetną ścieżką dźwiękową grupy Daft Punk. "Tron" może dziś bawić swoją naiwnością, ale pozostaje ważnym świadectwem popkulturowym swoich czasów. "Tron: Dziedzictwo" może być zaś jedynie dowodem technicznej biegłości magików od efektów specjalnych.
@RY1@i02/2011/087/i02.2011.087.196.029a.001.jpg@RY2@
Olivia Wilde, czyli ładniejsze oblicze "Tronu: Dziedzictwa"
Jakub Demiańczuk
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu