Samotność podróżnika
W kilka lat po budzącym grozę najeździe tatarskim na Europę taż Europa wysyła swoich pierwszych emisariuszy do samego jądra ciemności: stolicy chanów mongolskich
Jeśli Marco Polo przez wielu uznawany jest za pierwszego podróżnika Europy, to nie z racji pierwszeństwa w chronologii lub też zaliczonego kilometrażu przebytych szlaków. Jego wyjątkowość polega na tym, że w czasie gdy inni drżeli ze strachu przed tatarską grozą, on odważył się spędzić 24 lata w samym sercu azjatyckiego imperium, poznał je i wiedzę tę, a raczej jej ułamek, przekazał potomnym. Wiedza ta przysporzyła mu sławy po powrocie do ojczyzny, ale jednocześnie była dla niego ciężarem. Jego opowieści były tak niepodobne do wszystkiego, co do tej pory składało się na doświadczenie mieszkańców Europy, że mało kto wierzył w ich prawdziwość. Marco Polo naprawdę poznał, co znaczy samotność podróżnika - i na dobrą sprawę właśnie dlatego zasłużył na to dumne miano.
Był rok 1271, kiedy Marco, razem z ojcem i stryjem, wyruszał z Wenecji na spotkanie z nieznanym. Miał wtedy zaledwie 16 lat. To wiek, w którym chłopcy marzą o podróży i wielkiej przygodzie - pod tym względem średniowiecze niczym się nie różniło od współczesności.
Kiedy w 1295 r. powrócił do rodzinnego miasta, był już zupełnie innym człowiekiem. Wenecjanie ujrzeli go w szatach chińskiego dostojnika. Jak mówi legenda, nie poznała go nawet własna rodzina. Jednak o tym, jak bardzo się odmienił, Marco Polo mógł się przekonać dopiero wtedy, gdy zaczął opowiadać o minionych przeżyciach. Zapewne nie tylko same opisy dziwów i cudów widzianych na Wschodzie powodowały zdumienie jego słuchaczy. Być może bardziej dziwne i trudniejsze do przyjęcia było nie to, o czym opowiada, ale w jaki sposób to czyni.
Nie mogło być inaczej. Całe jego dojrzałe życie upłynęło z dala od domu i do tego w skrajnie odmiennych realiach cywilizacyjnych. Marco Polo nauczył się inaczej myśleć i inaczej swoje przemyślenia wyrażać. Był za długo i za daleko od domu, by nadal mogła łączyć go, jako narratora, wspólnota odczuwania i emocji z słuchaczami. Można nawet przypuszczać, że i on przeżywał w mieście swoich narodzin swoisty szok poznawczy: dziwiło go to, co dla reszty Wenecjan było rzeczą zwyczajną.
Ciekawe, w jakim stopniu do owej odmienności postrzegania przyczyniła się fascynacja podróżnika buddyzmem. Z tym dalekowschodnim odpowiednikiem chrześcijaństwa Marco Polo zetknął się kilkakrotnie podczas swoich wojaży. Jako probuddyjski chrześcijanin w pewnym sensie stał się prekursorem kulturowych tendencji, które pojawią się w Europie siedem wieków po nim.
Widząc, jak bardzo oddalił się mentalnie od rodaków, Marco Polo nie próbował już nawet przekonywać ich, że mówi prawdę. "Kochani, nie opowiedziałem wam nawet połowy tego, co widziałem" - odpowiadał z pogodną rezygnacją tym, którzy zarzucali mu narratorską przesadę. Zapewne nigdy byśmy o nim nie usłyszeli, gdyby zmuszony okolicznościami nie podyktował swoich wspomnień współwięźniowi w genueńskiej niewoli. W 1298 r. Marco Polo dowodził jedną z galer w bitwie morskiej Wenecjan z Genueńczykami. Wenecjanie bitwę przegrali, a naszemu bohaterowi przypadł los jeńca wojennego. W więzieniu, ulegając namowom niejakiego Rusticella z Pizy, opowiedział mu swoje losy. Choć wydaje się, że spisujący je wiele z tych opowieści poprzekręcał w szczegółach, historia Marco Polo na stałe weszła do klasyki relacji podróżniczych.
Wenecjanin nie był pierwszym Europejczykiem, który dotarł do dworu wielkiego chana. Zaszczyt ten przypadł Janowi di Piano Carpini, franciszkańskiemu mnichowi, który w 1245 r. z polecenia papieża odwiedził rezydencję chana Gujuka w Karakorum (dzisiejsza środkowa Mongolia). W wyprawie wiodącej z Rzymu na północny wschód, od Wrocławia towarzyszył mu inny franciszkanin, określany w źródłach jako Benedykt Polak. Nasz rodak był bardzo pomocny w podróży, gdyż znał drogę i umiał się porozumieć z Tatarami ich językiem. Być może pochodził z polsko-ruskiego pogranicza etnicznego.
Wędrowcy szli przez step, który wtedy zaczynał się zaraz za Kijowem. Można nim było swobodnie dojechać konno aż do samej chańskiej stolicy. Stepowy pas był kręgosłupem mongolskiego imperium i jego główną magistralą komunikacyjną. Był też najszerszą autostradą w historii świata. Nie miało znaczenia, czy podróżnicy zmierzali nim na wschód sto kilometrów w lewo, czy w prawo. Na bezkresnej, porośniętej trawą równinie i tak w końcu docierali do celu.
W czasach gdy samo imię wielkiego chana budziło w Europie paniczny strach, wszyscy podróżnicy, którzy odważyli się na daleką wyprawę do środka "dzikiej" Tatarii, wracali stamtąd cali i zdrowi. Powrócił Marco Polo, razem z ojcem i ze stryjem, powrócili franciszkanie Jan i Benedykt, powrócił również inny zakonnik, Wilhelm z Rubruk, który w 1253 r. udał się do chana jako poseł króla Francji. Dodajmy, że działo się to w czasach, gdy na drogach Europy łatwo było zarobić guza z rąk rozbójników.
Mongołowie, którzy przerażali nas jako najeźdźcy, wewnątrz swojego państwa utrzymywali wzorową dyscyplinę i dbali o bezpieczeństwo podróżnych. Ale by się o tym przekonać, trzeba było pokonać strach i śmiało wejść w bramy nieznanego.
@RY1@i02/2011/087/i02.2011.087.196.007a.001.jpg@RY2@
Marco Polo (Ian Somerhalder) na dworze chana w Pekinie
Jacek Borkowicz
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu