Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

Kino made in Israel

Ten tekst przeczytasz w 5 minut

"Walc z Baszirem" i "Liban" pokazują współczesne oblicze izrealskiego kina: bezkompromisowe, intensywne, odważne, uniwersalne

Izraelskie filmy coraz częściej nie tylko pojawiają się w programach festiwali, lecz także wywożą z nich coraz bardziej prestiżowe nagrody. "Liban" (2009) zdobył Złotego Lwa w Wenecji, "Przyjeżdża orkiestra" (2007) dostała wyróżnienie w Cannes oraz Europejską Nagrodę Filmową za odkrycie roku, "Meduzy" (2008) nagrodzono w Cannes za debiut, "Twierdza Beaufort" (2007) dostała Srebrnego Niedźwiedzia w Berlinie.

Skąd tak nagły sukces kinematografii uważanej przez samych Izraelczyków za marginalną i nieciekawą? Przełomem okazało się uchwalenie w 2000 roku ustawy o kinematografii, dzięki której Izraelska Fundacja Filmowa pozyskała większe niż dotąd środki, a także przekonała do współpracy koproducentów z Europy i Ameryki. Wystarczyło kilka lat, by pojawili się nowi twórcy odważnie uciekający od stereotypów, prowokujący istotne pytania, podejmujący tematy objęte narodowym, religijnym albo obyczajowym tabu.

Choć twórcy nie uciekają od aktualnych politycznych kontekstów, w ich filmach z publicystyką, demaskatorstwem, plakatowością wygrywają zwyczajne opowieści o zwykłych ludziach. Na takim właśnie sprowadzaniu polityki, historii, etycznych i religijnych dylematów do ludzkiego wymiaru polega zdaniem wielu fenomen współczesnego kina izraelskiego. W znakomitym "Walcu z Baszirem" (2008) Ari Folman podjął próbę przywrócenia osobistej pamięci wypartych wydarzeń, kiedy chrześcijańscy falangiści libańscy dokonali pogromu Palestyńczyków. Zginęły wtedy ponad trzy tysiące ludzi i choć nie zabili ich Izraelczycy, prawda wydobywana z okruchów wspomnień i zatartych przez czas obrazów staje się traumą uderzającą w mit narodu, który był wyłącznie ofiarą, żył w cieniu pamięci o krematoriach Auschwitz, a teraz musi zmierzyć się z ciężarem własnej odpowiedzialności za ludobójstwo.

W podobnie rozrachunkowym duchu powraca do tamtej wojny "Liban" Samuela Maoza. Tak jak Folman, Maoz wydobywa z własnej pamięci skrawki wspomnień i obrazów. Pomysł polega na tym, by całą grozę libańskiej wojny pokazać z wnętrza czołgu. Jego załoga dołącza do grupy wykonującej rozkaz zdobycia uprzednio zbombardowanego miasta. Cała akcja rozgrywa się w klaustrofobicznej przestrzeni pojazdu. Rzeczywistość na zewnątrz widzimy przez czołgowy peryskop. Ale okropieństwa wojny nie są w tej perspektywie mniej okropne. W zrujnowanym mieście kobieta błaga o życie swej córki, na dachach i w zaułkach czyhają wrogowie, a po schwytanego syryjskiego jeńca zgłaszają się dwaj falangiści, serwując opis wymyślnych tortur, jakim zamierzają go poddać. Koszmar staje się coraz bardziej namacalny, atakuje ciała i umysły. Zamknięcie w ciasnej przestrzeni, nasłuchiwanie radiowych komunikatów tylko potęgują grozę. Chodzi nie tylko o etyczne dylematy, lecz także o przerażenie redukujące człowieczeństwo do zwierzęcego instynktu przetrwania.

Pomysł znakomity, pozwalający zbudować sytuację modelową bez pośrednictwa tradycyjnych filmowych środków. Umieszczeni w położeniu bohaterów, zmuszeni do przyjęcia perspektywy uczestników, tym bardziej identyfikujemy się z wybuchającymi emocjami, z bezradnością, strachem, paniką. Intensywny jest ten film, gęsty od ekstremalnych doznań. Film Maoza jest uniwersalnym antywojennym studium ofiar wojennego piekła, ale przebija zeń także współczesny kontekst sytuacji na Bliskim Wschodzie. Mocny, uderzający w świętość słuszności i bohaterstwa. Takie jest dzisiejsze kino z Izraela. Proste, skupione na ludziach, a jednocześnie umiejące opowiadać o historycznych i teraźniejszych traumach językiem zrozumiałym wszędzie.

@RY1@i02/2011/079/i02.2011.079.196.006a.001.jpg@RY2@

"Walc z Baszirem"

Wojtek Kałużyński

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.