Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo

Miłostki niedźwiedzi

3 lipca 2018

Charles Ogier, XVII-wieczny francuski dyplomata, odwiedził również Polskę w czasie potopu szwedzkiego. Pozostawił po sobie fascynujące zapiski

Jak dobrze było być Francuzem! Nasz bohater, dla przykładu, przeglądając z nudów bibliotekę burgrabiego w Malborku, notuje od niechcenia: "znalazłem tam opowieść mojego przyjaciela". Ogier, sekretarz posła Francji na rokowania pokojowe Polaków ze Szwedami w 1635 roku, znał w Europie wszystkich, których znać wypadało, a i wielu w tejże Europie chciało poznać jego. Tylko dlatego, że był dyplomatą najpotężniejszego królestwa epoki.

Zresztą niegłupim i chyba przystojnym. Nie zachował się żaden jego wizerunek, ale wydaje się, że mógł być podobny do zadzierżystego kawalera z ryciny reprodukowanej na okładce książki. Wolny czas - a miał go do syta - Ogier spędzał najchętniej w towarzystwie Konstancji Czirenberg, córki burmistrza Gdańska, panny starannie wykształconej, a nade wszystko uznawanej przez współczesnych za pierwszą piękność Europy. Wśród butli win węgierskich, reńskich i hiszpańskich słuchał jej śpiewu, na dźwięk którego wyciągały długie szyje łabędzie i pawie, chodzące po ogrodzie jej ojca. "Za mało było dnia na te najniewinniejsze rozkosze" - wyznaje z rozbrajającą szczerością francuski dyplomata.

Ogier spędził całe dziewięć miesięcy w Gdańsku i okolicach miasta, skrupulatnie notując wrażenia w swoim dzienniku. Asystując przy negocjacjach pokojowych, niby XVII-wieczny Julian Assange serwuje nam mnóstwo niedyskretnych ciekawostek zza kulis ówczesnego dyplomatycznego teatru, prosto z kotła, w którym mieszali chochlą wielcy władcy i sławni wodzowie. Jednak najciekawsze są jego uwagi o codziennym życiu Gdańska i gdańszczan. Nikt inny nie pozostawił nam tak wyczerpującej i barwnej panoramy XVII-wiecznego miasta, które było wówczas nie tylko bogatą kupiecką metropolią, lecz także wylęgarnią artystów i uczonych.

Dla dzisiejszego czytelnika, przyzwyczajonego do zuniformizowanego tłumu wielkomiejskiej ulicy, tamten Gdańsk jest przede wszystkim wielkim barwnym widowiskiem. Szlachcianki nosiły tam na głowach "gwiazdy z wielkich pereł", a także króciutkie spódnice, o których nawet przyzwyczajony do swobody Francuz pisze, że "nie jest ten ubiór zbyt przyzwoity". Mieszczki zdobiły głowy siatkami z jedwabiu, przetykanymi złotymi nićmi, nawet plebejki i wieśniaczki, wychodząc na ulicę, nakładały na włosy wieńce z polnych kwiatów.

Wiele obserwacji Ogiera może nas dzisiaj zaskoczyć. Gra w salonowca uchodzi obecnie za rozrywkę zdecydowanie nieelegancką, jednak nie gardził nią sam Władysław IV, uczestnicząc w zabawie, "w której chowa się głowę w ramionach innej osoby i zgaduje, kto ich z tyłu uderza". W innym miejscu dyplomata wspomina, że w Polsce i na Litwie "zdarza się czasem, że niedźwiedź zapała miłością do niewiasty", dodając przy tym, że całkiem niedawno w Gdańsku oswojony miś zgwałcił pewną służącą. Czy ech tych właśnie pogłosek nie wykorzystał Prosper Mérimée, pisząc swojego "Lokisa"?

Najbardziej chyba dziwi jednak wzmianka o tym, że w Polsce po łacinie mówią nawet woźnice i "bardzo wielu chłopów". To naprawdę były bardzo odległe czasy.

@RY1@i02/2011/079/i02.2011.079.196.034b.001.jpg@RY2@

Jacek Borkowicz

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.