Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo

W blasku przemijającej sławy

3 lipca 2018

W filmie Breloera, podobnie jak w książce Tomasza Manna, scenerią akcji są autentyczne ulice starej Lubeki

W dziele Tomasza Manna słowo "Lubeka" nie pada ani razu, ale właśnie to miasto jest głównym drugoplanowym bohaterem "Buddenbrooków", za którą to książkę pisarz otrzymał w 1929 r. literacką Nagrodę Nobla. Dzieje bogatej rodziny kupców zbożowych osadzone są w licznych szczegółach, po których bez trudu można poznać topografię tego północnoniemieckiego miasta. Mann, choć nie wymienił go po imieniu, zachował autentyczne nazewnictwo ulic i wiernie oddał opis ważniejszych budowli. Włącznie z domem Buddenbrooków, który był domem rodzinnym jego samego.

Dominus providebit - niech Bóg ma ten dom w swojej opiece! Napis tej treści widnieje do dziś na barokowej fasadzie kamienicy przy Mengstrasse 4. To właśnie tutaj w połowie XIX stulecia umieścił siedzibę swojej firmy kupiec zbożowy Johann Mann, pradziadek Tomasza. Każdy z bohaterów "Buddenbrooków" ma swoje odniesienie do realnie istniejącej postaci. Większość z nich należała do rodziny Mannów i skoligaconych z nimi Kroegerów. Jako Thomas senior, wnuk Johanna, sportretowany został Thomas Mann starszy, ojciec pisarzy Henryka i jego młodszego brata Tomasza, przyszłego noblisty. Był on nie tylko poważanym w mieście patrycjuszem, lecz także światowcem o artystycznych ambicjach, które przekazał swoim dzieciom. Jak często bywa w interesach prowadzonych przez artystów, Thomas nie potrafił uchronić rodzinnej firmy przed upadkiem. Kiedy w 1891 r. przedwcześnie zmarł, jego rodzina wraz z szesnastoletnim Tomaszem przeniosła się do Monachium. Tam powstali "Buddenbrookowie" i kolejne książki wielkiego pisarza.

Mann sportretował samego siebie w osobie Hanno, syna Thomasa, który uczęszcza do miejskiego gimnazjum ulokowanego w starych murach franciszkańskiego klasztoru i jako szesnastolatek umiera na tyfus. Będąc dokładnie w jego wieku, Tomasz Mann opuścił na zawsze rodzinną Lubekę.

Zanim założono to miasto, strach było wypłynąć na wody Bałtyku. Panowali tam pogańscy korsarze, którzy ulokowali swoje bazy wypadowe na większych nadbałtyckich wyspach: Ozylii (dziś Saaremaa w Estonii), Rugii i Wębrzy (Fehmarn). Przy okazji warto wiedzieć, że piraci z tych dwóch ostatnich wysp byli Słowianami. Po morzu przemykali jakoś ku ziemiom niemieckim, zapewne opłacając się suto korsarzom, kupcy z ruskiego Nowogrodu i Pskowa. Kiedy niemieckie rycerstwo zawładnęło ziemiami słowiańskich Wagrów i Obodrzyców, niedaleko podbitej Wębrzy założono w 1143 r. Lubekę.

Miasto błyskawicznie wyrosło na główny port i ośrodek handlowy bałtyckiego basenu. Kilka pierwszych pokoleń lubeckich kupców, będących jednocześnie odważnymi podróżnikami, skolonizowało południowe wybrzeża tego morza. Lubeczanie byli wśród założycieli Rygi i Tallina, dzisiejszych stolic Łotwy i Estonii.

Sława Lubeki wzrosła jeszcze bardziej, gdy stała się ona stolicą Hanzy, potężnego związku kupieckich miast północnej Europy. Na wzór praw miejskich Lubeki ustanowiono statuty Gdańska, Kłajpedy i innych portów bałtyckich. W XIV i XV wieku Hanza była na tyle silna, że potrafiła samodzielnie toczyć wojny z ówczesnymi potęgami europejskimi. Potem jej znaczenie stopniowo słabło. W połowie XVII w. sojusz miast rozwiązano.

Naprzeciwko domu Mannów-Buddenbrooków wznoszą się gotyckie wieże kościoła Marii Panny. Świątynia wielokrotnie wymieniana jest w książce, czytamy o niej już na pierwszych stronach opowieści. Była głównym kościołem lubeckiego mieszczaństwa. Jej wielkie rozmiary i wysokie, strzeliste iglice były symbolem potęgi kupieckiego miasta.

Gotyckie szczyty, które dziś oglądamy, odbudowano po wojnie. Kościół spłonął po nalocie bombowym dokonanym w Niedzielę Palmową, 29 marca 1942 r. Był to pierwszy nalot aliancki na Niemcy. Razem z kościołem i całym miastem runął wtedy w gruzy dom Buddenbrooków.

W pożarze kościoła przepadł "Taniec śmierci" Bernta Notkego, najwybitniejsze dzieło malarstwa późnego gotyku w północnej Europie. Jeśli dziś chcemy obejrzeć coś, co przypomina tamto utracone arcydzieło, musimy pojechać w odwrotnym kierunku, do Estonii. W kościele św. Mikołaja w Tallinie zachował się szczęśliwie drugi "Taniec śmierci" tego samego malarza.

Po wojnie odbudowano kościół, a także dom Buddenbrooków. W 1993 r. otwarto w nim ośrodek kultury.

W książkowych dialogach kilkakrotnie pojawia się dialekt plattdeutsch - mowa lubeckiego pospólstwa. Mową tą, jako językiem handlowym, posługiwano się w średniowieczu we wszystkich portach nadbałtyckich.

Plattdeutsch stopniowo wypierany był przez literacką niemczyznę. Gdyby nie Luter i jego tłumaczenie Biblii, Tomasz Mann napisałby swoją książkę właśnie w tym języku. Ale jeszcze w przedwojennym Gdańsku mówiły nim handlarki na Rybim Targu nad Motławą.

W oryginale powieści, pełnej francuskich i angielskich zwrotów lub powiedzonek, znajdziemy też kilka słów polskich. Wypowiada je piastunka i gospodyni domu Buddenbrooków, Ida Jungmann, która do Lubeki trafiła aż z Kwidzyna nad Wisłą.

@RY1@i02/2011/074/i02.2011.074.196.0007.001.jpg@RY2@

FOT. CANAL+

Podwieczorek w rodzinnym gronie. Po śmierci głowy rodu Buddenbrooków nie będzie już stać na wystawne przyjęcia

Jacek Borkowicz

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.