Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

Nie ma mnie

1 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w 4 minuty

"Jeden, nikt i sto tysięcy" to historia człowieka, który próbuje ustalić, jak widzą go inni. Luigi Pirandello bawi się w psychoanalizę, doprowadzając swojego bohatera do obłędu

Vitangelo Moscarda zaczyna wariować od pierwszych stron - od dziwnej rozmowy z żoną na temat własnego nosa, o którym nie wiedział, że jest przekrzywiony. W kilkanaście minut zasypują go odkrycia na temat tego, jak wygląda, a za nimi pojawia się pragnienie ustalenia swojej tożsamości, nazwania jej.

Pirandello powtarza swoje ulubione pytania. Czy możliwe jest określenie jednego charakteru jednej postaci? Czy każdy posługuje się zestawem różnych masek? Czy można się ich pozbyć, nie popadając w szaleństwo?

Nad tym wszystkim zastanawiał się w sztukach teatralnych, dzięki którym przymiotnik pirandellowski oznacza dziś zestaw wątpliwości, rodzaj niepokoju, absurdalnej, pełnej zaangażowania pogoni za odpowiedziami na pytania egzystencjalne, o których z góry wiadomo, że będą złudne. To właśnie Akademia Szwedzka uznała za twórczą odwagę, przyznając mu Nobla w 1934 roku.

Powieść "Jeden, nikt i sto tysięcy" zaczął pisać w 1909 roku, pracował nad tą książką ponad 10 lat. Dopiero po skończeniu udostępnił ją do publikacji w odcinkach na łamach magazynu "Fiera Letteraria", gdzie ukazywała się między grudniem 1925 roku i czerwcem 1926 roku. Już wtedy krytycy dostrzegali w tej historii wątki ze sztuk teatralnych (które tworzył równolegle) oraz z jego biografii.

W 1903 roku rodzina Pirandella straciła majątek, a żona przeżyła poważne załamanie nerwowe - po latach leczenia w 1919 roku została zamknięta w zakładzie psychiatrycznym. W tym kontekście w "Jednym, nikim i stu tysiącach" ważne wydają się rozmowy powieściowej żony z coraz bardziej nieobliczalnym Moscardą. Ona jest dla niego najpewniejszym lustrem, a jednocześnie staje się najlepszym świadkiem jego popadania w szaleństwo. W ich dialogach komizm zabijany jest przez wrażenie obłędu.

W poszukiwaniu prawdy o tożsamości Moscardzie udaje się opanować informacje na temat własnego ciała, ale już charakter nie podlega definicjom. Rozmawiając ze znajomymi, rodziną, zamiast zdobywać wiedzę o sobie, niszczy ją.

Odrzucając miny, maski, kończy jako wariat, który przestał pojmować swoją przeszłość, niczego już nie oczekuje. Ostatnią szansą na znalezienie sensu wydaje mu się określenie, co jest faktem. Otóż nic, poza narodzinami oraz śmiercią. Być może miejsca, chmury, wiatr, bo nie mogą samych siebie zakwestionować. "Wybaczcie mi, jeśli przez chwilę będę mówił na wzór filozofów", usprawiedliwia się Moscarda, po czym mówi jak filozofowie o tym, że "inni, z zewnątrz, nie muszą przedstawiać was sobie tak, jak wy sami się sobie przedstawiacie". Jeśli tak uważacie, jest to błogie złudzenie.

Z obsesją modernistów, czyli pytaniem o granice ludzkiej tożsamości, Pirandello mierzy się w tej książce dużo bardziej odważne niż w sztukach, takich jak "Sześć postaci scenicznych w poszukiwaniu autora" albo "Dziś wieczorem improwizujemy". Nie tylko zastanawia się nad autentycznością, prawdą postaci, istnieniem charakterów - układa także równanie, z którego wynika, że nic z tego nie istnieje. Nie moralizuje przy tym, a własne filozofowanie wyśmiewa.

"Jeden, nikt i sto tysięcy" jest po mistrzowsku opowiedzianą gorzką historią o dekomponowaniu życia, o docieraniu do przekonania o jego bezsensie.

@RY1@i02/2011/064/i02.2011.064.196.0035.001.jpg@RY2@

FOT. THE GRANGER COLLECTION/FORUM

Marta Strzelecka

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.