Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

Wybory wybrakowanego pana Ulrika

Ten tekst przeczytasz w 2 minuty

Trochę uśmiechu, znacznie więcej smutku. Kino z Norwegii wypracowało własny styl. Czerń życia przełamywana jest gorzką ironią. "Pewien dżentelmen" Hansa Pettera Molanda to wzorcowy przykład strategii tego typu

Moland wywyższa wybrakowanie. Interesują go przeciętniacy. Mają krzywe zęby, nie bardzo wychodzi im seks, nie interesuje ich globalne ocieplenie (zwłaszcza z perspektywy norweskiej zimy) ani spotkania na szczycie. Oni szczytują w zaklętych kręgach własnych fobii, ambicji i natręctw.

Takim bohaterem jest Ulrik grany przez Stellana Skarsgarda. Siedział w kiciu, teraz wychodzi. Odsiadka trwała aż dwanaście lat, chodziło o morderstwo. Powrót do codzienności jest oczywiście trudny. Ale od czego mamy kolegów? Ulrik dostaje pracę mechanika samochodowego, spotyka się z kumplami. Otrzymuje także nowe zlecenie. Ma kropnąć osobę, dzięki której trafił do więzienia...

Zawiązanie fabuły wypada stereotypowo. Tylko do pewnego stopnia znajduje to potwierdzenie w filmie. Historia jest rzeczywiście banalna, ale zarówno dzięki sugestywności kreacji Skarsgarda - największej gwiazdy kina ze Skandynawii ("Przełamując fale", "Mamma Mia!") oraz ciekawym portretom psychologicznym pozostałych bohaterów film ogląda się z zainteresowaniem. Ulrik jest facetem, który toczy ze sobą permanentną walkę. Nie jest zbyt inteligentny, ale rozumie doskonale, że powrót na przestępczą ścieżkę oznacza dyskredytację marzenia o życiu w cnocie, statusie porządnego bohatera, który sobie wymarzył - jednak wyrównanie prywatnych porachunków wydaje się równie pożądane. Co wybrać? Nudę codzienności czy criminal tango?

Moland interesująco rozrysowuje drugi plan. Dorosły syn Ulrika, który właściwie nie pamięta taty, a w międzyczasie zdobył wykształcenie i narzeczoną, jest idealnym średniakiem. Chciałby żyć jak inni, weekendy spędzać z teściami, najlepiej w ich szkółce ogrodniczej. Ojciec morderca nie pasuje do tego kiczowatego obrazka. Bywa sympatyczny, ale czasami również groźny. Nieszczęście wisi w powietrzu... A przecież wydaje się, że Ulirk jest równiachą. Swoje odsiedział, teraz chciałby jedynie świętego spokoju. Marzy o odnalezieniu kontaktu z synem albo o spotkaniu kobiety, z którą mógłby ułożyć sobie życie - najbardziej pożądaną kandydatką jest jego asystentka w warsztacie samochodowym. Ale powrót do normalności jest prawie niemożliwy.

Hans Peter Moland, którego najgłośniejszym tytułem był "Aberdeen" z 2000 roku, zestraja tę sytuację z nawiązującymi na przykład do wczesnego kina Tarantina elementami groteski. Zbrodnia sąsiaduje z dowcipnymi kliszami z żenujących telewizyjnych teleturniejów albo dosyć surrealistycznymi opowieściami o... Polsce. Właśnie dzięki tego typu zabiegom film jest czymś więcej niż kolejną konwencjonalną historią. To rodzaj perwersyjnej baśni o niewinności zbrukanej skandynawską krwią.

@RY1@i02/2011/019/i02.2011.019.196.028b.001.jpg@RY2@

Łukasz Maciejewski

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.