Jezioro pełne zagadek
Długo szukano tutaj śladów największego portu Bałtyku i ostatniej drogi świętego Wojciecha. W końcu je znaleziono
Kiedyś było częścią morza, dziś jest wysychającym, zabagnionym akwenem. Choć niedaleko stąd do gwarnego centrum Elbląga, nad brzegami jeziora Drużno króluje w najlepsze dzika przyroda. Porośnięte trzcinowiskami wybrzeże wokół jeziora jest rezerwatem. Na wiosnę zaczną się tu zlatywać liczne, czasem rzadkie gatunki błotnych ptaków, dla których okoliczne moczary są idealnym terenem godowym i łowieckim. Cicho tu i pusto.
Wydawałoby się, że człowiek zawsze omijał z daleka te wody. Nic podobnego! Przed tysiącem lat nad brzegiem Drużna, wtedy jeszcze połączonego z morzem, rozkwitał port, jeden z największych na Bałtyku.
Truso. Ta nazwa od bez mała dwustu lat rozpalała wyobraźnię badaczy. Około 890 roku, a więc na kilkadziesiąt lat przed chrztem Polski, przybył tu z Anglii żeglarz Wulfstan. Jego opowieść o wielkim bałtyckim porcie zapisał anglosaski król Alfred Wielki i stąd wiemy o istnieniu Truso.
Ale gdzie właściwie leżał port? Łamało sobie nad tym głowy kilka pokoleń polskich i niemieckich uczonych. Alfred napisał co prawda, że port i przylegające do niego miasto leżą niedaleko miejsca, gdzie zlewają się rzeki Ilfing (Elbląg) i Wisła (dzisiejszy Nogat), ale ten mało precyzyjny opis nie wystarczał do ustalenia lokalizacji Truso. Historycy mnożyli więc hipotezy, poszukując miasta to bliżej, to dalej od Elbląga. Wszystko na nic - wymarły port pilnie strzegł swojej tajemnicy. Dopiero w 1982 r. udało się ją wydrzeć Markowi Jagodzińskiemu, młodemu archeologowi z Uniwersytetu Warszawskiego, pracującemu w Elblągu. Jagodziński nie tworzył hipotez, lecz pilnie obserwował, jak na łąkach nad Drużnem rośnie młoda wiosenna trawa. Fotografował powierzchnię błoń pod różnymi kątami, w odpowiednim oświetleniu i wreszcie pewnego dnia zobaczył na zdjęciu ledwo widoczne zarysy wału grodziska. Truso leżało w pobliżu dzisiejszej miejscowości Janów, przy szosie z Gdańska do Warszawy.
Odkrycie było imponujące, ale poza archeologami mało kto o nim się dowiedział. Był stan wojenny i ludzie mieli inne sprawy na głowie.
Jezioro było kiedyś znacznie większe, nawet wtedy, gdy oddaliło się już od morza. Na terenach, gdzie opadły jego wody, rozciąga się dziś płaska nizina. Przecinająca ją rzeczka Dzierzgoń w dawnych wiekach oddzielała ziemie zamieszkane przez Pomorzan od krainy Prusów.
W miejscu, gdzie Dzierzgoń spływa na nizinę, dawno temu przerzucono mosty łączące stronę pomorską i pruską. Przerzucono to może za wiele powiedziane: przez rozległe bagno puszczono dwie szerokie kładki z drewnianych bali. W każdym razie jak na owe czasy było to poważne dzieło inżynierii drogowej. Resztki mostów odkryto sto lat temu koło wioski Bągart.
Być może w 997 r. jednym z nich szedł na wschód święty Wojciech wkraczający na pruskie ziemie, by chrzcić tam pogan. Nie przyjęto go z życzliwością. Pan na grodzisku Cholin, leżącym po drugiej stronie Dzierzgoni (okolice dzisiejszego Kwietniewa), kazał mu się wynosić. Wojciech posłuchał, lecz niebawem pojawił się z powrotem na pruskim brzegu. W dodatku nieopatrznie zatrzymał się na noc w lesie, który Prusowie czcili jako święty. Misjonarz przypłacił to życiem i pośmiertną chwałą świętego patrona Polski.
Również miejsca śmierci świętego szukano przez kilka stuleci. Dopiero stosunkowo niedawno przeważyła opinia, że stało się to właśnie tutaj. Jednym z dowodów na poparcie tej tezy jest nazwa wioski Święty Gaj, która leży po wschodniej stronie jednego z dawnych mostów.
Jakież to bóstwo obraził swoją obecnością chrześcijański przybysz? Tego nie przekazali nam średniowieczni kronikarze.
Wydaje się jednak, że jego imię niekoniecznie przepadło bez śladu. Nad rzeczką Dzierzgoń leży malownicze miasto o takiej samej nazwie. Trzysta lat temu zbudowali tu klasztor ojcowie reformaci. W ścianę kościoła wmurowali wówczas kamienną figurę znalezioną na pobliskim wzgórzu. Przed wiekami zwrócona była ona zapewne w kierunku doliny, którą przemierzał święty Wojciech.
Mieszkańcy Dzierzgonia przyzwyczaili się do kamiennego bałwana, którego nazwali Potrimpe, imieniem jednego z trzech najważniejszych pruskich bogów. Niemiecki uczony, który badał świeżo odkryte mosty pod Bągartem, kazał wykuć bożka ze ściany kościoła. Odtąd Potrimpe zdobił salę gdańskiego muzeum. Zaginął w 1945 r., po zdobyciu Gdańska przez armię sowiecką. Pozostało po nim tylko zdjęcie.
Ziemie po wyschniętym jeziorze są bardzo żyzne. Założone w tym miejscu wioski należały do najbogatszych nad Bałtykiem.
W XVI wieku osiedlili się tutaj Holendrzy. Miejsca, gdzie mieszkali, nietrudno poznać do dziś: to samotne gospodarstwa zbudowane na sztucznie usypanych kopcach zwanych terpami. W czasie powodzi zalewającej nizinę mieszkańcy domu na terpie mogli bezpiecznie przetrwać aż do opadnięcia wód.
Holenderscy osadnicy byli menonitami, grupą religijną, która przyjęła nazwę od swego założyciela Menno Simonsa. Nie uznawali służby w wojsku, dlatego większa część z nich po pierwszym rozbiorze Polski opuściła te tereny zagarnięte przez militarystyczne państwo pruskie. Przez Rosję dotarli do Ameryki. Dzisiaj ich potomków spotkać można w Kanadzie, USA, Meksyku i Boliwii. Żyją tak samo jak przed wiekami, przypominając pod tym względem bliskich sobie amiszów z Pensylwanii.
@RY1@i02/2011/014/i02.2011.014.196.0007.001.jpg@RY2@
Jacek Borkowicz
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu