Tokijska księga umarłych
"Wkraczając w pustkę" to jazda bez trzymanki po mrocznym Tokio, zaświatach oraz intymnych zakamarkach ciała i duszy
Gaspar Noé dał się dotąd poznać przede wszystkim jako ryzykant eksperymentujący z psychodelią i dość ekstremalnymi doznaniami. We "Wkraczając w pustkę" reżyser nadal kombinuje z formą, pokazując świat z perspektywy bohatera - Oscara, który razem z siostrą Lindą mieszka w Tokio i dorywczo dorabia jako narkotykowy diler. Kamera zostaje umieszczona dosłownie w jego oczach i całkowicie podporządkowana subiektywnej narracji.
Pomysł niby nienowy - wystarczy przypomnieć choćby "Lady In The Lake" z 1947 roku albo zrealizowane w tym samym roku "Mroczne przejście", w którym przez pierwsze pół godziny obserwujemy wydarzenia właśnie oczyma bohatera, a twarz Humphreya Bogarta po raz pierwszy widzimy odbitą w lustrze. Noé chyba świadomie powtarza ten chwyt i także po raz pierwszy pokazuje bohatera w lustrze. Perspektywa oka kończy się szybko, bo w dwudziestej minucie filmu bohater ginie zastrzelony przez policję i odtąd śledzimy akcję z punktu widzenia jego ducha.
Pozornie tradycyjna i obiektywna kamera wciąż jest zatem obciążona jakimś ego przenikającym przez ściany i krążącym nad ulicami Tokio, które staje się metaforą współczesności - mroczną metropolią grzechu i wyalienowania.
W ten sposób Noé łamie prawie wszystkie konwencjonalne ograniczenia, burzy porządki, swobodnie porusza się w czasie i przestrzeni. To wraca do traumatycznej przeszłości bohatera, to skupia się na losach jego siostry i przyjaciół, to powraca do scen wcześniej filmowanych z innej perspektywy. Z czasem zaś, gdy duch coraz bardziej traci kontakt z realnością, film pogrąża się w narkotycznych halucynacjach, sennych majakach, odrealnionych obrazach rzeczywistości widzianej niejako z boskiej perspektywy.
Sam Noé nazywa swój film melodramatem psychodelicznym. Czerpie z Tybetańskiej Księgi Umarłych, rekonstruując odbywający się rytuał przejścia i powtórnej inkarnacji. Gwałtownie atakuje obrazem i dźwiękiem, obezwładnia hipnotycznym montażem, szokuje naturalistycznym seksem i śmiercią. W finałowej orgii wnika zaś kamerą niczym wziernikiem w kobiece łono w chwili zapłodnienia.
Nawet dziś, gdy niby wszystko już zostało pokazane, Noé potrafi szokować, łamać jeszcze niezłamane tabu. Nad dwudziestominutową, dosłowną, bliską sadystycznej pornografii sceną gwałtu na Monice Bellucci w "Nieodwracalnym" dyskutował cały świat. Jedni odsądzali Noégo od czci i wiary, oskarżając o epatowanie bezsensowną brutalnością, inni zaś przekonywali, że scena ta idealnie wpasowuje się w przeprowadzoną przez Noégo dekonstrukcję bezpiecznego świata nowej technokratycznej burżuazji.
We "Wkraczając w pustkę" momentami przesadza z celebrowaniem narkotycznych wizji, czasem nad miarę upaja się prowokacyjnością własnych obrazów. Bywa to męczące, efekciarskie, trąci pseudometafizycznym kiczem, ale zarazem wciąga w mroczną studnię ekstremalnego filmowego doświadczenia, w które wchodzi się na własne ryzyko i albo z miejsca odrzuca, albo daje się porwać halucynogennym obrazom.
@RY1@i02/2011/014/i02.2011.014.196.027a.001.jpg@RY2@
Wojtek Kałużyński
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu