Sherlock Holmes na wózku
"Pod napięciem" dowodzi, że Jeffery Deaver wśród autorów thrillerów niewielu ma sobie równych. Nawet wtedy, gdy zaczyna powtarzać własne pomysły
Powieści Deavera powinny się spodobać wyznawcom zasady inżyniera Mamonia. Każda kolejna książka o Lincolnie Rhymie i Amelii Sachs to wyprawa w świat, w którym - mimo licznych fabularnych wolt - wszystko jest dobrze poukładane i do pewnego stopnia przewidywalne. Umberto Eco rozłożył kiedyś na czynniki pierwsze serię o Jamesie Bondzie, wskazując, w jakim momencie nastąpią powtarzające się we wszystkich filmach kluczowe wydarzenia. Podobny zabieg na prozie Deavera także udałby się koncertowo.
W "Pod napięciem" wracają oczywiście główni bohaterowie prowadzący śledztwo w sprawie zbrodniarza, który terroryzuje Nowy Jork, manipulując siecią energetyczną (złowieszcza to zaiste wizja), są wskazówki kierujące początkowo ekipę śledczą na fałszywy trop i wreszcie jest pełen, nomen omen, napięcia finał.
Co prawda wolę być przez autorów thrillerów zaskakiwany, ale do książek Deavera mam zwyczajnie słabość. Przede wszystkim za prosty pomysł, by ich bohaterem uczynić detektywa niezdolnego do czynów. Lincoln Rhyme - były policjant, niemal całkowicie sparaliżowany po wypadku w metrze - jest skazany tylko i wyłącznie na pracę swojego umysłu. Analizuje ślady, ma w głowie historię nowojorskiej przestępczości, niczym Sherlock Holmes wie, gdzie w mieście szukać przestępcy, jeśli na odcisku jego butów znaleziono mikroślady marmuru. Amelia Sachs, partnerka (a od pewnego czasu także kochanka) Rhyme’a, jest jego oczami, narzędziem i oczywiście doktorem Watsonem. Bada na miejscu zbrodni ślady niczym specjaliści z "CSI: Kryminalnych zagadek Nowego Jorku" (tu plus dla Deavera - o ile serial zawsze wydawał mi się mocno naciągany, o tyle w jego opisy drobiazgowej analizy mikrośladów znacznie łatwiej uwierzyć), a przykuty do łóżka Rhyme układa wszystkie wskazówki w całość.
I niby to wszystko banalne, oparte na zbyt wielu sprawdzonych wzorcach, chwilami ocierające się wręcz o autoplagiat, a jednak wciąga. To sprawna lektura niesłużąca niczemu więcej niż rozrywce, niemniej skonstruowana niczym najlepsze filmowe thrillery. Książki Deavera to właściwie gotowe scenariusze, z nieźle stopniowanym napięciem, dobrze rozpisanymi dialogami, galerią barwnych postaci drugoplanowych, ba, nawet zmontowane tak, jak robią to hollywoodzcy spece. Aż dziw, że na ekran trafiła dopiero jedna z powieści o Rhymie - kolejnych nie było może z tego względu, że Philip Noyce "Kolekcjonera kości" najzwyczajniej w świecie spartolił.
@RY1@i02/2011/004/i02.2011.004.196.036a.001.jpg@RY2@
@RY1@i02/2011/004/i02.2011.004.196.036a.002.jpg@RY2@
Jakub Demiańczuk
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu