Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

Stany Spiskowe Ameryki

26 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 20 minut

W 50 lat po śmierci Johna Kennedy’ego mieszkańcy USA nie tylko wierzą w to, że zginął w wyniku spisku wszelkich możliwych sił. Wierzą też w UFO, prześwietlające ich kamery, trującą żywność i to, że Barack Obama nie jest prezydentem. Teorie spiskowe trzymają się mocno

Chociaż na dolarach widnieje wyraźny napis "In God We Trust" (Ufamy Bogu), Amerykanie powinni go dzisiaj zastąpić sformułowaniem "In Gossip We Trust" (Ufamy plotkom). Nigdy ich siła nie była bowiem tak wielka.

22 listopada mija pół wieku, odkąd kule wystrzelone z karabinu snajperskiego przez Lee Harveya Oswalda przerwały prezydenturę słynnego JFK. Według oficjalnych ustaleń śledztwa, w tym dwóch specjalnych amerykańskich komisji rządowych, Oswald ponosi pełną odpowiedzialność za ten mord. Dotąd nie potwierdziła się żadna z alternatywnych teorii genezy tych wydarzeń. Ani ta, według której do prezydenta strzelał sobowtór Oswalda, w rzeczywistości dobrze wyszkolony agent KGB, ani ta, że za zleceniem zabójstwa stała amerykańska mafia, ani również ta - chyba najbardziej absurdalna - że zleceniodawcą była żona prezydenta Jacqueline Kennedy mająca dosyć zdrad męża. Mit trzyma się jednak mocno: w to, że wydarzenia w Dallas nie były przypadkiem, wierzy bardzo duża grupa Amerykanów. Według różnych badań między 40 a 60 proc. uważa, że JFK zginął w wyniku konszachtów bliżej nieokreślonych złych mocy - sowieckich komunistów, Kubańczyków, z którymi walczył w Zatoce Świń, marksistów z Ameryki Południowej, przestępców, a nawet klątwy, która ciąży nad jego rodziną.

Ile głów, tyle pomysłów

Ta szemrana teoria dała impuls do rozwoju spiskowego myślenia, które dzisiaj w Stanach jest bardzo popularne. Dotyka wielu dziedzin życia - od polityki, poprzez życie codzienne, na duchowości kończąc. Ale po kolei.

Chociaż Biały Dom, a potem cały świat śledził z zapartym tchem polowanie na Osamę bin Ladena, rzeczywistość była inna od fasady, jaką nam przedstawiono. Bin Laden od dawna chorował na nerki i zmarł mniej więcej trzy lata przed "schwytaniem" przez amerykańskie siły specjalne. Show, który administracja zaprezentowała opinii publicznej, miał na celu jedynie potwierdzenie operacyjnej i militarnej potęgi USA. Tego, że wróg kraju będzie ścigany do końca i nie może sobie pozwolić na "zwykłą" śmierć. Dlaczego Amerykanie nie pokazali zwłok terrorysty? Dlaczego natychmiast został pochowany w morzu, skoro tradycja muzułmańska daje dobę na pogrzebanie ciała. Wielu mieszkańców Nowego Świata jest pewnych, że marines nie zabili bin Ladena podczas akcji w maju 2011 r., ale jedynie zdobyli koronne dowody na to, że nie żyje. Na tej silnej podstawie politycy mogli odtrąbić sukces. Na ryzyko wpadki i spektakularnej kompromitacji związanej z ogłoszeniem jego śmierci, bez ostatecznego przekonania nie mogli sobie pozwolić.

To jedna z najczęściej powtarzanych "opowieści dziwnej treści", którymi żywią się i w które wierzą miliony mieszkańców USA, nie tylko ci najsłabiej wykształceni.

Według w produkowanej w USA żywności znajdują się niewykrywalne związki chemiczne powodujące uzależnienie od konkretnych potraw opartych na szkodliwych składnikach. Kupując określone jedzenie, nagle orientujemy się, że nie jesteśmy w stanie na dłuższą metę bez niego wytrzymać. Kupujemy go zatem coraz więcej, robiąc zapasy. Coraz więcej również jemy. Przez to oczywiście tyjemy. Odstawienie takich produktów przypomina rzucanie palenia albo odwyk narkotykowy. Jest bolesne - psychicznie i fizycznie, i nawet jeśli się uda, nie ma gwarancji, że do nałogu nie wrócimy.

wynika z przekonania o istnieniu mechanizmów powszechnej inwigilacji, której dopuszczają się amerykańskie służby specjalne. Na sieci dróg szybkiego ruchu w USA, w miejscach, gdzie wrzuca się bilon jako opłatę za przejazd, znajdują się kamery. Zapewne nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że są znacznie większe od zwykłego sprzętu tego rodzaju. Za obiektywem znajduje się solidna metalowa puszka z nieznaną zawartością. Skłonni do podejrzliwości Amerykanie uważają, że urządzenia te nie służą do wizualnego rejestrowania ruchu, ale do prześwietlania samochodów. Wszędobylskie amerykańskie służby miałyby w ten sposób kontrolować, czy w danym pojeździe nie ma np. ładunku narkotyków albo nielegalnego arsenału broni. W przypadku takiego odkrycia kierowcą dość szybko zainteresowałaby się policja, wyciągając go z auta i wsadzając do aresztu.

O ile wiara w skuteczność służb podległych prezydentowi jest głęboka, o tyle wiara w uczciwość Baracka Obamy już nie. Twórcy alternatywnych dziejów kolportują pogląd, że USA nie mają prezydenta, ponieważ człowiek, który to stanowisko piastuje, nie jest Amerykaninem. To Nie urodził się w Honolulu, jak głosi oficjalny życiorys Obamy, ale w Kenii, skąd pochodził jego nieżyjący już ojciec, który w latach 60. studiował na Hawajach. Biały Dom przedstawił wprawdzie oficjalny akt urodzenia Obamy, ale sceptycy natychmiast stwierdzili, że jest sfałszowany.

Podobnie jak prezydentowi, znaczna część Amerykanów nie wierzy żadnym instytucjom kościelnym. Kościół katolicki traktowany jest nie jako miejsce scalające wyznawców jednej religii, ale jako świetny biznes. W Stanach do niedawna przyjęte było wspomaganie instytucji kościelnych przez wiernych (często zamożnych) sporymi kwotami, a sowite datki były przez parafie inwestowane z profesjonalizmem godnym renomowanych instytucji finansowych. Dzięki temu powstawały fortuny, a księża w wielu wypadkach zaliczali się do lokalnych krezusów. Kto chciał korzystać z praktyk religijnych, musiał dostosować się do tego mechanizmu. Na tej bazie powstał mówiąca, że jedynym celem Kościoła w USA jest budowanie wewnętrznej potęgi finansowej. Temu miały być podporządkowane wszystkie działania. Księża mogą lekceważyć obowiązki duszpasterskie, łamać celibat, mieć dzieci z nieformalnych związków, korzystać z używek - o ile ich parafia będzie miała dobre wyniki finansowe. Dzisiaj w związku z tym częściej niż Domem Bożym amerykański Kościół określa się mianem Church Bank.

I wreszcie teorie spiskowe stare jak świat, ale wciąż aktualne. Według badania Public Policy Polling co trzeci Amerykanin jest przekonany, że bliżej nieokreślona grupa osób stale spiskuje w celu przejęcia władzy nad światem. Planuje wprowadzić porządek polityczny, który nie będzie miał nic wspólnego z demokracją. Ludzie zostaną sprowadzeni do roli niewolników, nie będą mogli podejmować żadnych samodzielnych decyzji. Zostaną zamknięci w obozach i będą pracować jak roboty. Ich wymiana będzie następować dość szybko, ponieważ nie będzie im przysługiwać żadna opieka medyczna. Świat stanie się nowoczesnym konzentrationslager.

Niemal co drugi Amerykanin (bez względu na poglądy polityczne) uważa, że administracja poprzedniego prezydenta Georgea W. Busha świadomie kłamała w sprawie broni masowego rażenia w Iraku. Przygotowania do ataku na Saddama Husajna były już tak daleko posunięte, że wstrzymanie lub odwołanie inwazji skompromitowałoby rząd USA. 11 proc. jest przekonanych, że ten sam prezydent wiedział również o planowanych wcześniej atakach na World Trade Center w 2001 r., ale im świadomie nie przeciwdziałał, by mieć najlepszy z możliwych pretekstów do wojny z wieloletnimi wrogami Waszyngtonu. Amerykanie wierzą, że tajne operacje służb specjalnych, w tym CIA, są finansowane ze sprzedaży narkotyków. Narkobiznesem, według tej opinii, nie kierują zorganizowane grupy przestępcze, ale organy amerykańskiego państwa. Co 12. mieszkaniec Stanów uważa również, że słynne pierwsze lądowanie człowieka na Księżycu było wyreżyserowanym oszustwem NASA. W oparciu o tę teorię Neil Armstrong nigdzie nie poleciał, wszystko działo się w specjalnym studiu telewizyjnym w Centrum Lotów Kosmicznych na Florydzie. Spektakl, w opinii wątpiących w oficjalną wykładnię, miał przekonać Amerykanów, że ich kraj to nie tylko ziemska potęga, lecz także imperium kosmiczne. To przedstawienie miało dodać im nowej energii, mentalnie przygotować do ewentualnego starcia nuklearnego z ZSRR. Choć wielu by go zapewne nie przeżyło, szliby na śmierć z przekonaniem, że są przedstawicielami wolnego, silnego świata.

Stać się legendą

- Istnieje wiele teorii spiskowych związanych z historią Stanów Zjednoczonych, w które część społeczeństwa amerykańskiego wierzy niezwykle konsekwentnie od wielu lat - tłumaczy dr Paweł Laidler, wicedyrektor Instytutu Amerykanistyki i Studiów Polonijnych Uniwersytetu Jagiellońskiego. - Jedną z przyczyn jest chęć tworzenia nowych punktów widzenia dotyczących funkcjonowania świata, które czynią dane zjawisko lub osobę, której teoria dotyczy, bardziej wyjątkową. Dobry przykład stanowią tutaj prezydent John Kennedy oraz gwiazda Hollywood Marylin Monroe. Okoliczności ich śmierci nie zostały wyjaśnione i dzięki temu łatwiej jest budować ich bohaterski, wręcz legendarny wizerunek.

Motorem mityczności jest też, zdaniem specjalistów, w dużym stopniu wyjątkowość państwa amerykańskiego oparta na założeniach idei Objawionego Przeznaczenia (Manifest Destiny). Początkowo - w XIX wieku - opierała się na stwierdzeniu, że misją narodu amerykańskiego jest zasiedlenie całego kontynentu. Dzisiaj bardziej dotyczy potrzeby potwierdzenia swojej ponadprzeciętności, także poprzez bezkompromisowe narzucanie światu własnego zdania. Teorie spiskowe mają na celu potwierdzenie niezwykłej roli USA w świecie i tego, że jeśli się im coś nie udaje, musi być to efekt solidnie zaplanowanych, skomasowanych działań przeciwników.

Jak przekonuje dr Paweł Laidler, inną przyczyną konstruowania teorii spiskowych jest przeświadczenie wielu Amerykanów o nieograniczonych możliwościach działania aparatu państwa. - To pochodna funkcjonowania społeczeństwa informatycznego, przekonanego o tym, że każdy jest podsłuchiwany, że służby wywiadowcze działają na skalę międzynarodową i że oficjalna informacja na temat okoliczności konkretnego zdarzenia nie może być prawdziwa, bo to element propagandy będącej naturalnym atrybutem współczesnej władzy - dodaje dr Laidler. Nie ma wątpliwości, że mity są jednym z wytworów amerykańskiej demokracji, a szczególnie szeroko pojętej wolności słowa definiowanej jako prawo do mówienia i wyznawania wszystkiego, czego tylko człowiek pragnie. Są również trwałym już elementem popkultury, częścią amerykańskiego życia społecznego. - Alternatywne wizje wydarzeń historycznych czy sensacyjne źródła zjawisk politycznych omawiane są równie zażarcie podczas prywatnych spotkań towarzyskich, jak i wystąpień publicznych czy w programach telewizyjnych. Teorie nieprawdopodobne, świetnie trzymające w napięciu stały się niewyczerpanym źródłem inspiracji dla twórców produkcji filmowych, literackich czy telewizyjnych. Stanowią uproszczoną, jednostronną interpretację zdarzeń, wygodną dla rozleniwionych odbiorców poszukujących bardziej rozrywki niż intelektualnych wyzwań - wyjaśnia dr Małgorzata Zachara, wykładowca akademicki, autorka książki "Global Governance. Ład międzynarodowy po zakończeniu stulecia Ameryki".

Pewne jest, że Amerykanom jeszcze długo nie znudzi się tworzenie mitów. Podtrzymywanie przy życiu półprawd i niedomówień przekształconych w piętrowe intelektualne konstrukcje, na temat których powstają setki publikacji dystrybuowanych wszelkimi kanałami przekazu, jest intratnym biznesem. Wielu osobom zatem jest bardzo na rękę, by teorie te nieustannie podsycać. Z drugiej strony - jak mówią specjaliści - historia Stanów Zjednoczonych obfituje w momenty, które niejednokrotnie przekraczają możliwości percepcji szerokich mas społecznych. Skandale polityczne w rodzaju Watergate czy afery Iran-Contras mogłyby stać się idealnymi scenariuszami teorii spiskowych, gdyby nie to, że zdarzyły się naprawdę. - Uproszczona, populistyczna wersja wydarzeń, gdzie jednoznacznie wskazani są winni i ich motywacje, pozwala ludziom ochronić się przed psychologicznymi kosztami bolesnych momentów, jak ataki terrorystyczne z 2001 r. czy zabójstwa polityczne. Mogą też być sposobem na oswojenie zbiorowych lęków przed zagrożeniami przynoszonymi przez procesy współczesności: epidemie, nowe rodzaje broni czy kryzysy energetyczne - konstatuje dr Zachara. Na razie chyba nie do końca skutecznym. Amerykanie bowiem regularnie chodzą do psychoanalityków nie tylko w filmach Woodyego Allena. Może przyszedł czas na lekarza.

Amerykanom jeszcze długo nie znudzi się tworzenie mitów. Podtrzymywanie przy życiu półprawd i niedomówień przekształconych w piętrowe intelektualne konstrukcje, na temat których powstają setki publikacji, jest intratnym biznesem

@RY1@i02/2013/226/i02.2013.226.000001800.101.jpg@RY2@

NASA, Corbis /FotoChannels

Marcin Hadaj

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.