Koniec z bajkami o Europie
Wydawać by się mogło, że o przyczynach trwającego obecnie kryzysu zadłużeniowego w Europie wiemy już wszystko. Czyżby?
Politycy, media i komentatorzy głównego nurtu przyzwyczaili nas do tłumaczenia obecnej zapaści w sposób dosyć prosty. W myśl tej narracji integracja europejska była szansą, którą kraje starego Zachodu dały europejskim peryferiom. Problem tylko w tym, że te peryferie okazały się niezdolne do jej wykorzystania. Zwłaszcza od czasu wprowadzenia wspólnej waluty takie kraje jak Grecja, Portugalia i Hiszpania zaczęły żyć ponad stan. Wzrost napędzały tanimi kredytami i eksplozją konsumpcji. A ich politycy zupełnie nie liczyli się z publicznym groszem. Ale w końcu musiał nadejść kres i tego karnawału. Dlatego dziś kraje Południa muszą przejść przez kurację bolesnej, ale koniecznej konsolidacji fiskalnej aplikowanej im przez trojkę (KE, EBC, MFW). W końcu gorzkie lekarstwo zacznie jednak działać. I jeśli tamtejsze społeczeństwa wytrzymają, a politycy zmądrzeją, to w końcu kiedyś sytuacja w Europie wróci do przedkryzysowego optimum.
A co jeśli to pełna uproszczeń bajeczka? Wygodna dla europejskich polityków i wielkiego biznesu, ale niemająca wiele wspólnego z rzeczywistością. Takie właśnie pytanie stawia książka "Koniec Europy, jaką znamy". Składają się na nią teksty publikowane w latach 2006-2013 na łamach polskiej edycji lewicowego magazynu "Le Monde Diplomatique", zebrane i opatrzone wstępem przez jej redaktora naczelnego Przemysława Wielgosza.
Wśród autorów mamy całą plejadę ekonomistów i komentatorów o znanych nazwiskach. Jest więc Niemiec Wolfgang Streeck, którego głośna książka "Gekaufte Zeit" ("Kupiony czas") o kryzysie kapitalizmu demokratycznego wywołała niedawno spore poruszenie wśród zadowolonych z siebie elit ekonomicznych po drugiej stronie Odry. Streeck bulwersował w niej zwłaszcza twierdzeniem o detronizacji demokratycznie wybranych polityków przez rynki finansowe. I to już nie tylko w krajach peryferyjnych, lecz także w rozwiniętym pierwszym świecie. Jest tu również niepokorny grecki ekonomista Costas Lapavitsas już dziś kreślący scenariusze życia poza strefą euro dla większości krajów zadłużonego Południa. Albo James K. Galbraith, amerykański ekonomista (znany nie tylko z tego, że jest synem legendy ekonomii Johna Kennetha Galbraitha), który bezlitośnie punktuje sprzeczności, w które wikłają się od kilku lat unijni decydenci. Tyle że - zdaniem Galbraitha - zaproponowana przez nich terapia jest nie tylko nieskuteczna. Ona wręcz zaognia obecny kryzys. Polski wątek w "Końcu Europy..." to tekst Grzegorza Konata, młodego ekonomisty z Instytutu Badań Rynku Konsumpcji i Koniunktur w Warszawie. Tekst mocno krytyczny wobec sygnalizowanej przez polskie elity ekonomiczne chęci wstąpienia do strefy euro, gdy tylko "sytuacja w obszarze wspólnego pieniądza się uspokoi".
Czytelnik "Końca Europy" z łatwością dostrzeże, że ta publikacja bardzo różni się od większości polskich debat o Europie. Nie ma tu bowiem cukierkowego euroentuzjazmu ślepego na wszystkie argumenty ekonomiczne, które pojawiły się od czasu wybuchu kryzysu finansowego. Autorów trudno też jednak wrzucić do jednego worka z prawicowymi zwolennikami powrotu do XIX-wiecznego rozumienia suwerenności narodowej, renesansu nacjonalizmu i protekcjonizmu gospodarczego. "Koniec Europy" to głos, który w głównym nurcie polskich sporów o Europę pojawia się zbyt rzadko. I czas najwyższy, aby tę lukę uzupełnić.
@RY1@i02/2013/226/i02.2013.226.000002800.802.jpg@RY2@
"Koniec Europy, jaką znamy", redakcja Przemysław Wielgosz, Instytut Wydawniczy Książka i Prasa, Warszawa 2013
Rafał Woś
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu