Pożądana antykruchość
Taleb ma rację. Musimy tworzyć systemy, które mają wbudowaną umiejętność uczenia się na własnych błędach
Z Maciejem Bitnerem rozmawia Rafał Woś
Czyta pan książki ekonomiczne?
Zazwyczaj kilka naraz.
I coś pana szczególnie ostatnio poruszyło?
Trudno odpowiedzieć na takie pytanie. Mogę powiedzieć, co czytam teraz. To głośna "Why Nations Fail?" ("Dlaczego narody upadają") Darona Acemoglu i Jamesa Robinsona. Początek był słaby, ale potem się rozkręcili. Jednocześnie czytam wydaną w 2009 r. książkę Tadeusza Kowalika "www.PolskaTransformacja.pl" oraz "Transformacja Polska: dokumenty i analizy", czyli zbiór wywiadów Tadeusza Kowalika i Stanisława Gomułki.
Chętnie porozmawiałbym z panem o transformacji. Ale zaraz nas zakrzyczą: "Co takie szczawiki mogą wiedzieć o przemianach. Przecież nie pamiętają, jak było!".
To nie jest uczciwy argument. Przecież w badaniach historycznych jest tak, że dopiero następne pokolenie potrafi trzeźwo i z dystansem ocenić decyzje podejmowane przez poprzedników. Ale chwileczkę... przypomniała mi się książka, która zrobiła na mnie naprawdę duże wrażenie. I o niej możemy przez chwilę porozmawiać.
Jaka to książka?
"Antykruchość" Nassima Nicholasa Taleba.
Taleb? To moim zdaniem zdecydowanie przereklamowany autor. Co pana u niego tak urzekło?
Podoba mi się główne przesłanie tej książki. Taleb krytykuje w niej to, że ludzie najczęściej koncentrują się na często powtarzających się trudnościach, którym towarzyszą w sumie mało dolegliwe konsekwencje. Próbując całkowicie im zapobiegać, projektują systemy, które są tak sztywne, że prowokują prawdziwe katastrofy.
Dlaczego tak się dzieje?
Taleb wprowadza autorską triadę - jego zdaniem wszystkie systemy można podzielić na: kruche, wytrzymałe i antykruche. I niestety ludzie mają tendencje do budowania tych kruchych albo co najwyżej wytrzymałych. To znaczy takich, które są odporne na małe wstrząsy, ale hodują w sobie zarodek wielkiej katastrofy. On to ilustruje przykładami z różnych dziedzin życia. Na przykład las - jeśli co kilka lat nie wypala się go małymi pożarami, gromadzi się chrust, który przyniesie w końcu niszczycielską pożogę. Dlatego Taleb głosi potrzebę budowania systemów antykruchych, czyli takich, które mają wbudowaną umiejętność uczenia się na własnych porażkach. Mnie ta idea przekonuje. Jest niebanalna, choć w sumie łatwa do przyswojenia i samodzielnego zaaplikowania, dalszego rozwinięcia przez czytelnika. I to niezależnie od jego ideowych preferencji.
A nie jest tak, że Taleb pod pozorem bardzo wyrafinowanej narracji sprzedaje nam prawdy doskonale znane? Cóż w tym odkrywczego, że trzeba się stale uczyć na błędach? Albo że łańcuch jest tak mocny, jak jego najsłabsze ogniwo?
Przeważnie wielkie i relatywnie proste idee były już przez kogoś odkryte i omówione. Dogłębne ich zrozumienie zależy jednak od właściwego rozłożenia akcentów i bogatej ilustracji. To moim zdaniem Taleb robi, dlatego jego książka jest warta tego, by ją przeczytać.
A próbował pan przełożyć rady Taleba na rynki finansowe, np. przy tworzeniu antykruchego portfela inwestycji?
Wydaje mi się, że Taleb powiedziałby tak: jeśli chcesz stworzyć antykruchy portfel, musisz najpierw uniezależnić się od świata finansów czy inwestycji.
Na przykład poprzez budowanie udanego życia osobistego.
Tak. Albo poprzez rozrzucenie inwestycji po całym świecie. Taki system, nawet jeśli nie byłby antykruchy, to przynajmniej wytrzymały.
A nie irytowało pana przy lekturze książki to pozowanie Taleba na wielkiego buntownika? Takiego, co to gardzi wszystkimi intelektualistami i woli słuchać rad kumpla, brooklyńskiego gangstera i trenera boksu o ksywce "Ciacho".
Momentami tak, ale to część stylizacji, która uczyniła z Taleba bestsellerowego autora i wziętego mówcę. Nie razi mnie to aż tak bardzo, traktuję to z przymrużeniem oka.
A mnie drażni. Zwłaszcza że w jednym z wywiadów powiedział, iż uważa dziennikarzy za kompletne zera.
Trochę go rozumiem, choć unikałbym aż takich generalizacji. Jest w tej książce fragment głoszący, że najlepszym sposobem na budowanie systemów antykruchych jest spowodowanie, że ci, którzy to robią, doświadczają na własnej skórze konsekwencji ewentualnych błędów. Chodzi o taką fundamentalną odpowiedzialność osobistą za to, co się robi. Im większy wpływ na rzeczywistość, tym większa powinna być odpowiedzialność. Tak jest z przedsiębiorcami - im większa firma, tym większe straty ponosi, gdy popełnia błędy. Słowo dziennikarza także ma ogromny wpływ, jednak jego osobista odpowiedzialność za wprowadzanie do obiegu fałszywych opinii czy argumentów jest często bardzo ograniczona.
To może na dziś skończymy. Wchodzimy na grząski grunt, a to dopiero nasza pierwsza rozmowa.
(śmiech)
@RY1@i02/2013/226/i02.2013.226.00000280a.803.jpg@RY2@
materiały prasowe
Maciej Bitner główny ekonomista Wealth Solutions
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu