W łóżku z Adamem Smithem
W dwa lata po amerykańskiej premierze pojawia się na polskim rynku "Ekonomia miłości". Świetnie napisana książka dwóch dziennikarek gospodarczych, które sięgając do narzędzi klasycznej ekonomii, pokazują, jak budować udany i trwały związek miłosny.
Jak na dobrą książkę przystało, główna myśl jest tu w zasadzie prosta. Ekonomia to nauka o tym, w jaki sposób ludzie, firmy i społeczeństwa dokonują podziału ograniczonych zasobów. Jak podzielić zyski, koszty albo ryzyko, żeby cały gospodarczy organizm kręcił się na optymalnych obrotach. W małżeństwie (lub każdym innym związku miłosnym) jest podobnie. Kluczem do długotrwałego udanego pożycia też jest odpowiedź na pytanie o podział zasobów, takich jak czas, energia, domowe obowiązki czy libido. A kiedy się to zrozumie, to zdaniem Pauli Szuchman i Jenny Anderson dużo łatwiej dbać o szczęście. I przetrwać nieuchronne (i w biznesie, i w miłości) fazy recesji oraz słabej koniunktury.
Weźmy choćby tak kluczowy element pożycia jak erotyka. Mąż już od popołudnia spędzonego w biurze fantazjował na temat miłego wieczoru z miłosnymi igraszkami. Ale żona miała ciężki dzień i wraca do domu z nadzieją, że uda się szybko położyć dzieci, coś poczytać i pójść spać. Konflikt wydaje się nieunikniony. W zależności od małżeńskich temperamentów mogą paść najcięższe z zarzutów. W stylu: "Bo ty mnie już w ogóle nie kochasz" albo "Moje potrzeby nic dla ciebie nie znaczą". I tu z pomocą przychodzą Szuchman i Anderson. Wpadają do małżeńskiej alkowy w towarzystwie klasyków ekonomii. I mówią tak: Przeprowadźcie prostą analizę zysków i kosztów. "Czy krańcowy koszt seksu - dziewięć minut snu albo kilka stron lektury - przeważają nad korzyściami - orgazmem, zadowolonym mężem i spokojem w domu?" - piszą autorki "Ekonomii miłości".
W podobny sposób radzą, jak rozwiązać inne małżeńskie pułapki. Podział domowych obowiązków, stosunek do teściów albo spory o wychowanie dzieci. Uczą na przykład, że nie warto łudzić się, iż domowe obowiązki uda się podzielić równo po połowie. Pokazują, jak umieć tak podzielić domową "produkcję", by każdy robił z grubsza to, w czym jest dobry. Pokazują, jak łatwiej godzić się ze stratą. Albo jak niwelować asymetrię informacji. A pisząc to, pełnymi garściami czerpią z różnych szkół ekonomii. Biorą coś i od Adama Smitha, i od Vilfreda Pareta, ale też z najnowszych zdobyczy ekonomii behawioralnej albo teorii gier. Przemycają do swojej opowieści bardzo wiele cennych i pouczających informacji oraz pojęć.
Niewykluczone, że czytelnik znajdzie u Szuchman i Anderson kilka obserwacji, mówiąc oględnie, mało odkrywczych. Albo takich rad, które w sposób zupełnie naturalny i intuicyjny stosuje (z mniejszym lub większym powodzeniem) w swoim własnym związku. Ale to nie jest jakiś wielki kłopot. Raczej potwierdzenie, że ekonomię i miłość da się łączyć. I mieć z tego dużo pożytku, a nawet przyjemności.
@RY1@i02/2013/163/i02.2013.163.000002400.802.jpg@RY2@
Paula Szuchman, Jenny Anderson, "Ekonomia miłości. Szczęście w związku a zmywanie naczyń", Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2013
Rafał Woś
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu