Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

Naprawiacz świata

28 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 32 minuty

Jeden człowiek, jeśli stworzy ideę uwodzącą innych, może zmienić bieg historii. Jednak czasami zdarza się więcej ludzi z wizjami doskonałego społeczeństwa, które są bardzo kuszące i zupełnie z sobą sprzeczne

Cały 1813 r. był dla rządu Roberta Jenkinsona bardzo trudny. Skutki kryzysu gospodarczego stawały się tak dotkliwe dla ludności Wielkiej Brytanii, że robotnicy pomimo groźby kary śmierci wzniecali kolejne bunty. Poprzedni premier Spencer Perceval wysłał wojsko, by rozprawiło się z ruchem luddystów, i choć powieszono najaktywniejszych przywódców, wcale nie uspokoiło to nastrojów. Gdy kupiec John Bellingham, bezskutecznie domagający się odszkodowania od rządu za poniesione straty, zastrzelił Percevala w budynku parlamentu, wzbudziło to powszechny entuzjazm. Jenkinson zapanował nad sytuacją w kraju, lecz nagle wydarzył się kolejny, dość niepokojący incydent.

Ulubieniec salonów, znany przemysłowiec i filantrop Robert Owen wydał broszurę "Nowe poglądy na społeczeństwo, czyli rozprawy o kształceniu charakteru". Domagał się w niej radykalnych reform społecznych: skrócenia dziennego czasu pracy robotników do 10,5 godziny, zakazu zatrudniania dzieci i powszechnej edukacji dla nich, a także wprowadzenia funkcji państwowego inspektora kontrolującego, czy w fabrykach przestrzega się przepisów. Owen proponował w dłuższym okresie przebudowę całego społeczeństwa, tak by przestało się dzielić na bogatych pracodawców i biednych robotników. Zamiast tego snuł wizję tworzenia robotniczych przedsiębiorstw zarządzanych przez pracowników oraz sprawiedliwego dzielenia zysków między nich. Przy okazji negował wszystkie idee sławnego ekonomisty Adama Smitha, twierdząc, że kapitalizm nie prowadzi do dobrobytu, lecz wyzwala w ludziach najgorsze cechy: chciwość i indywidualizm.

Premier miał prawo poczuć niepokój. Gdyby ludzie uwierzyli w idee Owena, zapachniałoby w powietrzu rewolucją.

Liberalna teza

Problem - jak w najprostszy sposób sprawić, by ludzkie społeczeństwo stało się doskonalsze i bardziej przyjazne dla jednostek - przez lata frapował profesora Uniwersytetu w Glasgow Adama Smitha. Długo poszukiwał odpowiedzi na to pytanie, podróżując po Europie i prowadząc dyskusje z najwybitniejszymi umysłami swoich czasów. Wreszcie osiadł w rodzinnym miasteczku Kirkcaldy i pod opieką matki przez dziesięć lat prowadził pustelniczy żywot. "Moim zajęciem jest praca badawcza. Spędzam czas na długich samotnych spacerach po plaży. Możesz sam ocenić, co robię ze swoim czasem. W każdym razie jestem tak szczęśliwy, jak chyba jeszcze nigdy dotąd" - wyjaśniał w liście do przyjaciela, filozofa Dawida Hume''a.

Smith, pomimo samotniczego życia, czuł się szczęśliwy, ponieważ pisał księgę, którą chciał nakreślić ludziom drogę do lepszego świata. Liczące ponad tysiąc stron, pięciotomowe dzieło pt. "Dobrobyt narodów" ukazało się w marcu 1776 r. i szybko stało się bestsellerem, czytanym w całej Europie. Teorie ekonomiczne Smitha opierały się na porywającej idei. Uczony zakładał, iż jeśli każdy obywatel będzie mógł indywidualnie decydować: czym i gdzie się zajmuje, wówczas ceny pracy oraz wytworzonych dóbr ukształtują się automatycznie. Ponadto, dążąc do zysku, ludzie, gdy zapewni się im wolność, zawsze starają się budować swój dobrobyt.

"Nie od życzliwości rzeźnika, piwowara czy piekarza oczekuje się tego, czego potrzebujemy do jedzenia, lecz od dbałości o własny interes przez każdego z nich. Nie apelujemy do ich miłości bliźniego, lecz do ich miłości własnej, i nie mówimy o własnych potrzebach, lecz o ich korzyściach" - twierdził Smith. Według jego teorii społeczeństwo indywidualistycznych jednostek musi w naturalny sposób się doskonalić, zwłaszcza że wszystko reguluje rynek. Dlatego każda interwencja państwa jest w zasadzie szkodliwa, ponieważ ogranicza działanie samoregulującego się mechanizmu. "Jednostka znając miejscowe stosunki, potrafi bezsprzecznie o wiele lepiej ocenić, niż może to dla niej uczynić jakikolwiek urzędnik czy ustawodawca, która gałąź gospodarki krajowej jest odpowiedniejsza dla zaangażowania własnego kapitału i która przyniesie zysk odpowiadający najwyższemu przyrostowi wartości" - głosił Smith.

Takie idee w czasach, gdy ekonomią zarządzali merkantyliści doskonalący mechanizmy sterowania przez państwo gospodarką, za pomocą ceł, podatków i nakazów, brzmiały rewolucyjnie. Ale w Wielkiej Brytanii nabierała rozpędu rewolucja przemysłowa. Arystokraci tracili wpływy na rzecz ludzi interesu potrafiących pomnażać kapitał za sprawą handlu z koloniami, grając na giełdzie, zakładając banki lub manufaktury. Dla nich tezy Smitha brzmiały jak prawdy objawione. Skromny uczony wkrótce został rektorem Uniwersytetu w Glasgow, otrzymał tytuł lorda i popłatną posadę komisarza celnego Szkocji. Kiedy umierał w lipcu 1790 r., wszyscy spodziewali się, że żyjący, jak na prawdziwego Szkota przystało, stary kawaler pozostawi po sobie ogromny spadek. Jakież było zdziwienie, kiedy odkryto, iż Adam Smith przez lata potajemnie wspierał ubogich i potrzebujących. Rozdał niemal wszystko, zupełnie przy tym nie dostrzegając, co dla ludzi, którym szczerze współczuł, oznaczał jego "Dobrobyt narodów".

Socjalistyczna antyteza

Serdeczny przyjaciel Smitha, sławny fizyk John Dalton, niedługo po śmierci profesora optował za przyjęciem do Manchester Literary and Philosophical Society (Menczesterskiego Towarzystwa Literackiego i Filozoficznego) młodego menedżera Roberta Owena. Liczący zaledwie 21 lat syn rymarza, choć zakończył edukację na szkole elementarnej, imponował otoczeniu wiedzą, oczytaniem i poglądami.

Niegdyś na forum podobnego klubu w Edynburgu Dalton prowadził dyskusje na tematy ekonomiczne z Adamem Smithem. Traf chciał, że spotkał na swej drodze równie błyskotliwego rozmówcę, a jednocześnie zupełnie inny typ człowieka. Smith był genialnym teoretykiem, który nigdy nie prowadził żadnej firmy. Całe życie o jego codzienne sprawy troszczyła się matka, a po jej śmierci kuzynka. Owen wszystko, co posiadał, zdobył dzięki uporowi, ciężkiej pracy i organizacyjnym zdolnościom. Jego obrotność dostrzegali właściciele kolejnych firm, powierzając mimo młodego wieku stanowisko menedżera. Tak pomnażając swój kapitał, mógł w 1800 r. za 3 tys. funtów wykupić współudziały w zarządzanych przez siebie zakładach włókienniczych w szkockim Lanark.

Przez lata pracy Owen z bliska przyjrzał się losowi robotników. Zgodnie z teoriami Smitha państwo starało się coraz rzadziej ingerować w sprawy gospodarcze i Anglia przeżywała nieprawdopodobnie burzliwy rozwój, niemający precedensu w przeszłości. Jednak koszty tego ponosili pracownicy. Ich dzień roboczy trwał nawet 16 godzin, nie posiadali żadnych praw ani zabezpieczeń socjalnych, a pensje nie wystarczały na utrzymanie rodziny. Zarabiać na siebie musiały więc nawet kilkuletnie dzieci. Do tego jeszcze wprowadzenie maszyny parowej przyniosło rewolucję technologiczną, z powodu której upadały małe manufaktury. To owocowało wzrostem bezrobocia. Tymczasem do miast ciągle napływała ludność wiejska, desperacko szukając pracy i gotowa wykonywać każdą za przysłowiowe grosze. Nigdy wcześniej w Anglii na ulicach metropolii nie widziano tylu nędzarzy. Nawet osoby posiadające pracę degenerowały się w błyskawicznym tempie. "Kłamstwo, kradzieże, pijaństwo, nieuczciwość" - zanotował Owen swoje spostrzeżenia dotyczące codziennego życia podwładnych.

Jako że nie potrafił przejść obok tego obojętnie, postanowił działać. "W New Lanark chciałem zmienić warunki życia ludzi i w których kształtowały się ich charaktery" - zapisał w autobiografii. Na początek przekonał wspólników, by oddali w jego ręce pełnię władzy w firmie i zaakceptowali wszelkie reformy. Wkrótce zapewnił robotnikom godziwe zarobki, skrócił czas pracy do 9,5 godziny oraz zaoferował zabezpieczenia socjalne, w tym zakładową kasę chorych. Dla dzieci pracowników stworzył przyzakładowe przedszkole oraz szkołę podstawową. Ich rodzicom zapewnił dostęp do taniego kredytu dzięki kasie zapomogowo-pożyczkowej. Owen przejął też kontrolę nad robotniczym osiedlem, wybierając spośród podwładnych najbardziej inteligentnych, żeby powierzyć im role zaufanych pomocników. Ludzie ci zorganizowali komisję dbającą o czystość, przestrzeganie porządku i rozstrzyganie sporów w robotniczej osadzie.

Te poczynania stanowiły ewenement na skalę światową. Kiedy więc zakłady w New Lanark, pomimo przeznaczania części zysków na zabezpieczenia socjalne, odniosły ekonomiczny sukces dzięki lepszej wydajności pracowników oraz jakości wyrobów, zainteresowała się nimi prasa. Sam Owen nie czuł się tym usatysfakcjonowany i marzył o naprawieniu całego świata. Acz zdawał sobie sprawę, jak wielki opór mogą wzbudzić jego idee. Dlatego postanowił w dążeniu do celu wykazywać się jednocześnie: "chytrością węża i niewinnością gołębia".

Jak ostudzić gniew ludu

Gdy Owen udoskonalał działanie New Lanark, w Wielkiej Brytanii narastało wrzenie wśród robotników i bezrobotnych. Z sentymentem wspominano czasy małych manufaktur, wypłacających wyższe pensje i zapewniających bardziej znośne warunki pracy. Według zdobywającej coraz większą popularność plotki niejaki czeladnik z Leicester Nedd Ludd, mając dość wyzysku, pewnego dnia chwycił za młotek i zniszczył mechaniczną przędzarkę.

Do dziś nie udowodniono, czy Ludd istniał naprawdę, ale nie przeszkodziło to w tym, by stał się pierwszym bohaterem ruchu robotniczego. W 1811 r. z powodu braku zamówień właściciele fabryk w Nottingham, Derby i Leicester zaczęli masowo zwalniać pracowników. Ci postanowili naśladować Neda Ludda - niszczenie maszyn rozpoczęło się spontanicznie, wkrótce potem luddyści szybko zawiązali pierwsze zakonspirowane grupy i kontynuowali działalność. Chociaż unikali stosowania przemocy wobec ludzi, ich poczynania wzbudzały coraz większy niepokój władz i właścicieli fabryk. Chcąc stłumić bunt, rząd Spencera Percevala w lutym 1812 r. złożył w parlamencie projekt ustawy przewidującej karę śmierci za niszczenie maszyn. Podczas debaty George Byron, choć był świadkiem zniszczenia 40 mechanicznych krosien w Nottinghamshire, wygłosił płomienne przemówienie w obronie luddystów. "Jakkolwiek należy stwierdzić, że te wystąpienia przybrały groźne rozmiary, nie można jednak zaprzeczyć, że zostały one wywołane przez niebywałą dotąd nędzę - mówił sławny poeta. - Czy zdajemy sobie sprawę z obowiązków, jakie mamy wobec tego pospólstwa? To oto pospólstwo uprawia wasze pola, służy w waszych domach, zasila waszą marynarkę, z niego też rekrutuje się wasza armia; to pospólstwo, które wyście doprowadzili do tego stanu, że występuje przeciw światu, może wystąpić i przeciw wam, skoro bezwzględność i nieszczęście doprowadziło go do rozpaczy" - ostrzegał.

Jednak życzeniu premiera stało się zadość i nakazał wojsku rozprawę z luddystami. Spośród ujętych robotników wyłuskano 70 przywódców buntu i dla przykładu powieszono, a resztę zesłano do kolonii. Władze triumfowały, lecz niepokój pozostał i wówczas oczy rządzących elit zwróciły się na zakłady w Lanark. Wkrótce Owen przeżył prawdziwą pielgrzymkę gości nie tylko z Londynu, ale z całej Europy. Jego osadę i tereny przedsiębiorstwa zwiedziło przez następne lata ponad 20 tys. polityków, przemysłowców, twórców kultury. Nawet przybyły z dalekiej Rosji, do szpiku konserwatywny następca tronu, carewicz Mikołaj okazał zachwyt tym, co ujrzał.

Owen potrafił zjednać sobie wszystkich znakomitymi manierami, uprzejmością i hojnością. Wkrótce brylował na londyńskich salonach, lecz nie oznaczało to porzucenia dawnych przekonań. Korzystając z dobrej koniunktury politycznej, rozpoczął działalność publicystyczną, aby, idąc za radami de Saint-Simona, tym sposobem zaszczepić ludziom nowe idee. Teorie socjalne francuskiego filozofa bardzo przypadły do gustu angielskiemu przedsiębiorcy. Henri de Saint-Simon twierdził, że chcąc "wzbudzić wielki ruch filozoficzny, którego celem byłaby rewizja i odnowa powszechnych poglądów, niezbędna jest działalność filantropijna ludzi zdolnych do wzniosłych, wielkodusznych uczuć". Owen usiłował w praktyce realizować tę wskazówkę i jednocześnie jak najszerzej rozpropagować. Wkrótce też znalazł pierwszych naśladowców. Jeden z nich, wybitny matematyk, a zarazem pastor Thomas Chalmers, przekonał Radę Miejską Glasgow, żeby zezwoliła mu zorganizować pomoc dla najbiedniejszych rodzin w parafii St. John. Chalmers wierzył, że sam stan ubóstwa nie jest złem, natomiast fatalne są jego konsekwencje, czyli degeneracja społeczna i moralna. Aby temu zaradzić, podzielił 10 tys. parafian, głównie tkaczy i robotników z okolicznych fabryk, na liczące maksymalnie czterysta osób grupy. Nad każdą ustanowił diakona mającego za zadanie określenie, kto potrzebuje wsparcia. Pomocy udzielano sobie wzajemnie, tworząc kasy oszczędnościowe. Nie indywidualizm, lecz społeczny solidaryzm okazywał się receptą na poprawę losu ubogich.

Zwycięska klęska

Minęło zaledwie 25 lat od śmierci Adama Smitha, gdy głoszący antyliberalne idee Robert Owen znalazł się u szczytu powodzenia. Po wybuchu nowego kryzysu gospodarczego rząd Roberta Jenkinsona nie czekał z założonymi rękami, aż wszystko samo się ureguluje, lecz powołał radę do spraw pomocy ubogim i zaprosił Owena do wejścia w jej skład.

Zasiadający w radzie przemysłowcy, hierarchowie Kościoła anglikańskiego i ekonomiści otrzymali zadanie opracowania planu przeciwdziałania społecznemu ubóstwu. Twórca Lanark uznał, że wybiła jego godzina i zupełnie zapomniał o "chytrości węża". Na inauguracyjnym posiedzeniu rady w The City of London Tavern Owen, stojąc na stole, wygłosił płomienne przemówienie, wzywając do wielkich reform społecznych, socjalnych i edukacyjnych. Wkrótce też sporządził projekt ustawy inicjującej zmiany. Ale dokument pełen był antykościelnych wtrętów, zaś posiedzeniom rady przewodniczył arcybiskup Canterbury Jerry Sutton. Urażony duchowny użył wszelkich dostępnych mu wpływów, żeby skompromitować pomysły Owena. Wprawdzie projekt trafił do parlamentu, lecz ugrzązł w komisjach. Rozwścieczony tym reformator w marcu 1817 r. opublikował dokument i zwołał w Londynie dwa wiece, na których przedstawił swoje postulaty. Tym razem Owen otwarcie krytykował przemysłowców i rządzące elity. Minęły dwa lata zmagań, nim w końcu parlament nakazał skrócić dzień pracy do 10,5 godziny i zabronił zatrudniania niepełnoletnich osób na nocnej zmianie, jednak ograniczenia te dotyczyły tylko zakładów włókienniczych.

Sam Owen z bohatera zmienił się we wroga publicznego elit i z czasem wspólnicy odsunęli go nawet od kierowania zakładami w Lanark. Przegrany wizjoner wraz z grupą swoich wielbicieli opuścił Stary Kontynent i w 1825 r. założył w amerykańskim stanie Indiana osadę New Harmony. Niespełna tysiąc osadników miało tam wspólnie mieszkać i pracować, budując nowy świat według teorii Owena. Na początek zrezygnowano z własności prywatnej i pieniędzy, aby ukrócić indywidualizm oraz chciwość. Idee jednak mają to do siebie, że wcielane w życie w swej czystej postaci czynią je szybko zupełnie nie do zniesienia. Z socjalistycznej New Harmony ludzie zaczęli uciekać już po kilku miesiącach. Nie mogli znieść wszechobecnych komisji kontrolujących każdy aspekt życia prywatnego, likwidacji małżeństw i wychowywania dzieci pod nadzorem wspólnoty. Załamany Owen po czterech latach oglądał już tylko zgliszcza projektu.

Za to w Europie zasiane niegdyś przez niego idee powoli kiełkowały. Socjalista Charles Fourier przekonał w 1830 r. kilku przemysłowców i polityków, żeby sfinansowali budowę pierwszych falansterów - budynków dla robotników, w których mogliby jednocześnie mieszkać oraz pracować, tworząc wspierającą się wspólnotę. Nie przetrwały one długo, lecz idea robotniczych spółdzielni produkcyjnych zdobywała sobie coraz więcej zwolenników. Podobnie jak pomysł tworzenia związków zawodowych.

Po powrocie do ojczyzny zaangażował się w ten ruch także Owen. Utworzony przez niego The Grand National Consolidated Unions (Wielkie Zjednoczenie Narodowe Związków) w 1834 r. liczyło już ponad pół miliona członków. Kłopot w tym, że Owen chciał za wszelką cenę budować doskonałe społeczeństwo przyszłości, czym zrażał do siebie młodych przywódców ruchu robotniczego, preferujących walkę o to, by państwo nakazało pracodawcom podniesienie płac i wprowadzenie systemu zabezpieczeń socjalnych. Tymczasem narodziny potężnej centrali związkowej tak bardzo zaniepokoiły fabrykantów, że zaczęli wyrzucać z pracy członków Zjednoczenia. W odpowiedzi wybuchły strajki w wielu fabrykach, lecz władze związku nie potrafiły podjąć decyzji, co przedsięwziąć, ponieważ trwał konflikt między Owenem a resztą liderów. Ostatecznie z kierownictwa usunięto apodyktycznego filantropa, lecz jego odejście doprowadziło do rozpadu całej organizacji.

Pomimo tak regularnie ponoszonych klęsk ruch socjalistyczny powiększał grono swoich zwolenników. Wkrótce miejsce The Grand National Consolidated Unions zajął ruch czartystowski, zapoczątkowany przez stolarza i nauczyciela Williama Lovetta. Do postulatów socjalnych dołożono żądanie powszechnego prawa wyborczego dla każdego mężczyzny. Jego spełnienie oznaczało, że robotnicy wybiorą swych posłów do parlamentu, długo więc było odrzucane. Z kolei w 1847 r. angielski parlament skrócił dzień pracy w przemyśle do 10,5 godziny i zabronił zatrudniania kobiet oraz dzieci w kopalniach. Robert Owen mógł triumfować, że jego długoletnie wysiłki w końcu zaczynają przynosić owoce.

Tymczasem on sam po kolejnych porażkach stracił zupełnie wiarę w ludzi, ale nie w idee. Założył więc niezwykłą, antyreligijną sektę, której członkowie musieli być ateistami i niezachwianie wierzyć w nadejście doskonałego świata. Miał uformować się samorzutnie i nieuchronnie, jakby odpowiadała zań "niewidzialna ręka rynku" Adama Smitha.

Idee mają to do siebie, że wcielane w życie w swej czystej postaci czynią je szybko zupełnie nie do zniesienia. Z socjalistycznej New Harmony ludzie zaczęli uciekać już po kilku miesiącach

@RY1@i02/2013/158/i02.2013.158.000001600.803.jpg@RY2@

bew

Tak miała wyglądać idealna robotnicza oaza według projektu Roberta Owena: połączenie zakładu produkcyjnego z funkcjami mieszkalnymi

Andrzej Krajewski

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.