Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

Ropa ku chwale imperiów

28 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 17 minut

Współczesny Bliski Wschód rodził się przy okazji wyścigu zachodnich mocarstw do złóż czarnego złota

Kiedy pod koniec lipca 1913 r. Winston Churchill wchodził do Izby Gmin, miał ułożony w głowie plan, jak zapewnić Imperium Brytyjskiemu bezpieczeństwo energetyczne. "Musimy stać się właścicielami, a w każdym razie ludźmi kontrolującymi u źródeł przynajmniej część potrzebnych nam dostaw ropy naftowej" - ogłosił pierwszy lord admiralicji. Ale największa firma wydobywająca ten surowiec w Indonezji, brytyjsko-niderlandzka Dutch Shell, kierowana przez Holendra Henri Deterdinga, wzbudzała w Churchillu wielką nieufność. Zaproponował, żeby rząd wykupił większość udziałów w Anglo-Persian Oil, prowadzącej eksploatację złóż naftowych w Persji.

Sto lat po tej transakcji każde zawirowanie na Bliskim Wschodzie budzi panikę na rynkach finansowych. Ogromny wpływ na globalną ekonomię ma jeden z najbardziej niestabilnych regionów świata. Zaś cały ten kłopot Zachód sam sobie sprokurował.

Ukryte bogactwo Bliskiego Wschodu mogło wpaść w ręce Francuzów, gdyby tylko chciało im się przeczytać raporty własnych geologów z końca XIX w. Prognozowali oni, iż struktura skał w Persji (dziś Iran) wskazuje na obecność dużych zasobów ropy. Opracowaniem uczonych zainteresował się jedynie angielski awanturnik William Knox DArcy. Fortuny dorobił się w Australii, gdzie z powodzeniem szukał złotonośnych złóż, ale gorączka złota dobiegała końca i zaradny milioner doszedł do wniosku, że następne stulecie będzie należało do ropy.

DArcy wiedział, iż perski szach Mozaffar ad-Din prowadził rozrzutne życie, co finansował kredytami zaciąganymi w Rosji i Wielkiej Brytanii. Anglik zaoferował szachowi 20 tys. funtów i 16-proc. udział w zyskach z przyszłej sprzedaży ropy w zamian za wyłączność na jej poszukiwania i wydobycie, prowadzone na obszar o powierzchni 480 tys. mil kw. (ok. 1,2 mln km kw.). Ad-Din przyjął propozycję i na początku 1901 r. ekipa wysłana przez DArcyego rozpoczęła odwierty. Przez następne trzy lata milioner wydał na bezowocne poszukiwania ponad pół miliona funtów i w oczy zajrzało mu bankructwo. Wówczas zaprosił do współpracy eksploatującą pola naftowe w Birmie, szkocką kompanię Burmah Oil. Dzięki jej wsparciu upór DArcyego przyniósł w końcu efekty. 26 maja 1908 r. z odwiertu trysnęła ropa. Rok później Knox DArcy połączył swój kapitał ze spółką Burmah Oil, tworząc Anglo-Persian Oil Company (znaną dziś pod nazwą BP).

W tym czasie Mozaffar ad-Din próbował zreformować państwo i odebrać obcokrajowcom koncesje na wydobycie ropy. Zmarł jednak na atak serca, zaś Persją wstrząsnęła seria pałacowych przewrotów. Respektujące wcześniej suwerenność azjatyckiego kraju Rosja i Wielka Brytania uznały, że najwyższa pora przejąć kontrolę nad biegiem wydarzeń. Porozumienie między Londynem a Petersburgiem podzieliło Persję na strefy wpływów. Rosji przypadła północna, zaś Wielkiej Brytanii bogate w złoża ropy południe kraju.

Idąc za ciosem DArcy wysłał dyrektora zarządzającego koncernu Charlesa Greenwaya z misją do Londynu. Miał tam zabiegać o rządowe dotacje na rozwój firmy. Początkowo szło mu opornie, dopóki nie został przedstawiony Winstonowi Churchillowi. Młody polityk cieszył się opinią wizjonera, potrafiącego jak nikt inny snuć strategiczne plany. W jego opinii Wielka Brytania aby zachować imperium, musiała zapewnić przemysłowi, armii i flocie stałe dostawy ropy.

Po wygłoszeniu płomiennej mowy w parlamencie pierwszy lord admiralicji dostał zgodę na wysłanie do Persji specjalnej komisji rządowej, której przewodniczył czołowy ekspert od pól naftowych John Cadman. Wkrótce sporządził on entuzjastyczny raport o wielkości perskich zasobów. Mając ten dokument, Churchill mógł wyasygnować z budżetu admiralicji 2 mln funtów na zakup 51 proc. akcji Anglo-Persian Oil. Sporządzony wówczas nowy statut firmy określał, iż zawsze będzie przedsiębiorstwem brytyjskim, a stanowiska dyrektorskie mogą zajmować jedynie poddani angielskiego króla. Rząd nadał sobie też prawo mianowania w składzie zarządu dwóch dyrektorów z prawem weta wobec decyzji większości. Na czele korporacji postawiono Charlesa Greenwaya. Z takiego obrotu sprawy jedynym niezadowolonym obywatelem brytyjskim był Knox DArcy. Pamięć o jego awanturniczej przeszłości sprawiła, że zarząd odebrał mu wszelkie stanowiska, sprowadzając do roli zwykłego akcjonariusza.

Otwieranie drzwi

Perska nafta okazała się znakomitym interesem dla Zjednoczonego Królestwa. Marynarka wojenna kupowała ropę po 30 szylingów za tonę, a skarb państwa otrzymywał połowę dywidendy wypłacanej z zysków koncernu. Dlatego rządowi dyrektorzy łatwo dali się namówić na wyrażenie zgody, żeby Anglo-Persian Oil w 1914 r. nabył połowę akcji Turkish Petroleum Company (TPC).

Firmę tę, mającą poszukiwać złóż ropy w dolinie rzeki Tygrys, założył ormiański przedsiębiorca Calouste Gulbenkian. Dzięki niemu brytyjski koncern naftowy rozszerzył wpływy na tereny Turcji. Musiał się jednak zgodzić na to, że Gulbenkian odsprzedał resztę swoich akcji firmie Shell i Deutsche Bankowi, zachowując dla siebie jedynie 5 proc. Cała inwestycja wydawała się więc dużo mniej atrakcyjna niż na początku, tym bardziej że wkrótce wybuchła wojna światowa, a Imperium Osmańskie przystąpiło do niej po stronie Niemiec.

Ale Anglo-Persian Oil nie utopił funduszy w nieprzemyślanym zakupie. Wojna przyniosła okazję do definitywnego zakończenia tureckiego panowania nad Bliskim Wschodem. Pod wodzą agenta wywiadu wojskowego MI6 Thomasa E. Lawrencea wybuchło powstanie. Dzięki "Lawrenceowi z Arabii" Zjednoczone Królestwo nie tylko obroniło Kanał Sueski przed turecką ofensywą, ale w drugiej połowie 1918 r. arabscy rebelianci odbijali z rąk osmańskich kolejne ziemie. Przywódcy plemienni liczyli na obiecaną im przez Lawrencea niepodległość. Tymczasem po zakończeniu wojny byłe tureckie terytoria Liga Narodów powierzyła w zarząd Wielkiej Brytanii oraz Francji, o co oczywiście zadbały oba mocarstwa. W Londynie wiedziano, że w okolicach Bagdadu i Mosulu TPC odkryło pola naftowe, nie zamierzano więc ich wypuścić z rąk. Również pomysł dzielenia się bogactwem z francuskim sojusznikiem nie wzbudzał entuzjazmu. Na konferencji w San Remo w 1919 r. angielski rząd zmusił Turcję do zgody na przekazanie Anglo-Persian Oil udziałów Deutsche Banku w spółce TPC.

Równie sprawnie poradzono sobie z arabskim powstaniem, które wybuchło w tworzonym właśnie marionetkowym Iraku. Stłumiono je, używając gazów bojowych, zaś na irackim tronie osadzono podporządkowanego Londynowi emira Abd Allaha Fajsala. W tym momencie jedynym kłopotem okazał się Calouste Gulbenkian, który przeżył rzeź tureckich Ormian i nadal zachował 5 proc. udziałów w TPC. Kłopotem zdawało się niewielkim, dopóki najprawdopodobniej za sprawą Ormianina o ustaleniach z San Remo nie dowiedzieli się Amerykanie.

W Waszyngtonie zawrzało. Do Departamentu Stanu zaproszono na konsultacje prezesa największego amerykańskiego koncernu naftowego Standard Oil of New Jersey (dziś Exxon) Waltera Teaglea, a ten ostrzegł, że w rękach Brytyjczyków znalazły się wszystkie najbogatsze pola naftowe poza granicami Ameryki. Oto Wielka Brytania dzięki wsparciu USA wygrała wojnę, a jednocześnie nie chciała się podzielić najważniejszymi profitami, jakie dzięki temu zyskała. Amerykanie nie zamierzali się z tym godzić. Po podpowiedziach Teaglea Waszyngton ogłosił doktrynę "otwartych drzwi". Wedle niej sojusznicy USA nie powinni dyskryminować się wzajemnie w dostępie do zasobów ropy naftowej. Stany Zjednoczone dysponowały też skutecznym narzędziem nacisku. Podczas wojny Londyn zadłużył się po same uszy u amerykańskich kredytodawców. Po serii gróźb płynących z Waszyngtonu rząd Wielkiej Brytanii w 1922 r. uległ presji i obiecał oddać sojusznikowi 20 proc. udziałów w TPC.

Otrzymawszy takie zapewnienie, Departament Stanu zaprosił na spotkanie szefów największych koncernów naftowych: Standard Oil, Texaco i Mobil. "Powiedziano im, aby pojechali na Bliski Wschód i dostarczyli stamtąd towar" - zeznawał w 1945 r. podczas przesłuchania przed senacką komisją Charles Hamilton, szef koncernu Gulf. Zaskoczone takim żądaniem koncerny wcale się nie paliły do podboju krajów arabskich. Region był niestabilny, trwała wojna Grecji z Turcją, a Brytyjczycy dobrze dbali o własne interesy. Jednak rządowi nie można było odmówić.

Tymczasem do wyścigu postanowili włączyć się Francuzi. Pod koniec wojny światowej ich premier Georges Clemenceau stwierdził, iż państwu "ropa jest tak potrzebna, jak krew". Jednak po jego dymisji Paryż niewiele zrobił, by zapewnić sobie dostęp do źródeł surowca. Co więcej, Francuzi pozwolili wyrolować się Anglikom, którzy zadbali, aby Liga Narodów przekazała Francji pod zarząd te terytoria tureckie, na których nie było żadnych złóż. Dopiero w 1923 r. premier Raymond Poincare zorientował się, jak bardzo Paryż przegrywa niezwykle istotny wyścig. Z inicjatywy szefa rządu powołano spółkę Compagnie Francaise de Petrole (CFP), a jej szefem uczyniono wybitnego naukowca, specjalistę od energii elektrycznej Ernesta Merciera, któremu Poincare nakazał odbić Bliski Wschód. Na początek Francuzi zażądali respektowania amerykańskiej doktryny "otwartych drzwi" i odstąpienia części udziałów w TPC.

Ale Brytyjczycy, choć oficjalnie zaakceptowali doktrynę, starali się, żeby w praktyce nie funkcjonowała. Sprzyjały im francuska nieudolność i niechęć amerykańskich koncernów do inwestowania w tak nieprzyjaznym rejonie świata. Za to kłopoty zaczął sprawiać marionetkowy rząd Iraku. W 1925 r. odmówił podpisania porozumienia ze spółką TPC, którą Anglicy właśnie przemianowali na Iraq Petroleum Company (IPC). Syndykat IPC miał otrzymać wyłączność na poszukiwania i wydobycie ropy naftowej do roku 2000 w zamian za przekazywanie lokalnym władzom opłaty w wysokości 4 szylingów w złocie za tonę surowca. Irackich ministrów protestujących, domagających się udziału procentowego w zyskach, zmuszono do dymisji, po czym emir Abd Allah Fajsal parafował koncesję. Jedynym problemem dla Londynu stało się to, że 5 proc. akcji IPC zachował Gulbenkian.

Ormianin okazał się zręczniejszym graczem od Amerykanów, Francuzów i Arabów. To głównie z jego inicjatywy odbyła się w lipcu 1928 r. konferencja w Ostendzie, podczas której trzy mocarstwa negocjowały, jak powinna wyglądać eksploatacja bliskowschodnich złóż. Pod naciskiem Waszyngtonu i Paryża Brytyjczycy przekazali sojusznikom po 24 proc. udziałów w Iraq Petroleum Company. Porozumienie w Ostendzie gwarantowało też, że jedynie spółka IPC będzie miała prawo eksploatować złoża ropy na byłych terytoriach Imperium Osmańskiego (Persję Brytyjczycy zachowywali dla siebie). Tuż przed podpisaniem umowy okazało się jednak, iż nikt nie wie, o jakie konkretnie ziemie chodzi. Wówczas obecny przy stole negocjacyjnym Gulbenkian chwycił za czerwony ołówek i na mapie zakreślił terytorium obejmujące, jak się miało okazać, wszystkie najważniejsze obszary roponośne. Po czym Ormianin rzucił ironicznie: "Nigdy otwarte drzwi nie były tak hermetycznie zaplombowane". Traktat nazwany porozumieniem czerwonej linii gwarantował, że nikt poza obecnymi w Ostendzie nie dobierze się do bliskowschodniej ropy. Nawet będący potencjalnymi jej właścicielami Arabowie.

Kowboje pustyni

Miesiąc po spotkaniu w Ostendzie trzymający się na uboczu prezes koncernu Dutch Shell Henri Deterding zaprosił do Szkocji szefów sześciu innych naftowych korporacji. Na zamku w Achnacarry Holender wraz prezesami amerykańskich firm: Standard Oil, Gulf, Socal, Texaco i Mobil oraz angielskiego Anglo-Persian Oil, uzgodnił zasady współpracy na rynku paliwowym. Powstały bez wiedzy rządów trust miał dbać o to, by ceny ropy zanadto nie spadły, a także eliminować konkurentów z rynku.

Ale porozumienie czerwonej linii i trust z Achnacarry nie mogły na długo uporządkować świata, dopóki kręcili się po nim tacy ludzie, jak Nowozelandczyk Frank Holmes. Sporych pieniędzy dorobił się w RPA jako specjalista od górnictwa i tuż po I wojnie zaczął szukać sposobu, jak ten majątek pomnożyć. Gdy trafił na wielki targ bydła w Etiopii, usłyszał od handlarzy z Arabii o czarnej mazi wypływającej spod piasków pustyni. Holmes wkrótce założył firmę Eastern and Generale Syndicate i wyruszył w głąb Półwyspu Arabskiego. Po prawie dekadzie poszukiwań odkrył dobrze rokujące pola naftowe na wyspie Bahrajn. Nowozelandczyk nie miał już funduszy na sfinansowanie wydobycia. Zaproponował więc odkupienie swojej koncesji koncernowi Anglo-Persian Oil. Ale Anglicy zadowoleni z wydajności złóż w Iranie i Iraku zupełnie nie byli zainteresowani nową inwestycją. Ofertę Nowozelandczyka zignorował też Standard Oil. "To był błąd za miliard dolarów" - skomentował to później prezes Teagle.

Koncesję kupił dopiero koncern Gulf, ale pierwsze poszukiwania nie dały zbyt dobrych rezultatów, poza tym Bahrajn znajdował się jeszcze na obszarze porozumienia czerwonej linii i eksploatację naftowych pól można było podjąć jedynie w ramach Iraq Petroleum Company. Gulf odsprzedał więc koncesję firmie Socal za marne 50 tys. dol. Tymczasem jej prezes William Berg zapewnił sobie poparcie Departamentu Stanu USA i dzięki tej protekcji rozpoczął eksploatację zasobów Bahrajnu bez zgody IPC. Ten drobny konflikt nie złamałby porozumienia z Ostendy, gdyby nie bieda doskwierająca królowi Arabii Saudyjskiej.

Monarcha mógł liczyć jedynie na dochody, jakie przynosili pielgrzymi odwiedzający Mekkę. Jak to zmienić, podpowiedział mu doradca, arabista, który przeszedł na islam - Harry St. John Philby. W wspomnieniach zapisał, iż Arabowie przypominali mu "ludzi śpiących na miejscu, gdzie zakopany jest skarb, lecz zbyt leniwych lub przestraszonych, aby kopać w jego poszukiwaniu". Pod wpływem doradcy król Ibn Saud wynajął ekipę geologów i zlecił im przeprowadzenie wierceń na pustyni. To, co znaleźli, zapowiadało, że w rękach Saudyjczyków mogą znajdować się najbogatsze pola roponośne świata. Wówczas Philby zaproponował kupno koncesji kolejnym amerykańskim koncernom: Texaco, Standard Oil i Gulfowi. Wszystkie odmawiały, nie mając ochoty na inwestycje w krajach arabskich. Zareagowali zaś Anglicy i przysłali Ibn Saudowi, ich zdaniem, atrakcyjną ofertę. Proponowali 10 tys. funtów za wyłączne prawo do poszukiwania ropy na terenie Arabii Saudyjskiej dla Iraq Petroleum Company.

Ich oferta zapewne zostałaby przyjęta, gdyby nie reakcja przyglądającego się rozwojowi wypadków z Bahrajnu koncernu Socal. Prezes William Berg zaproponował Philbyemu etat doradcy, a królowi Arabii Saudyjskiej 30 tys. funtów nisko oprocentowanej pożyczki i 5 tys. funtów opłaty rocznej za dzierżawę przyszłych pól naftowych. Philby z entuzjazmem doradził monarsze, żeby przyjął ofertę Amerykanów. Dzięki temu do końca życia na konto Anglika wpływało co roku 1 tys. funtów, wypłacanych przez koncern Socal. Ale triumf tej firmy okazał się połowiczny, bo poszukiwania ropy były tak kosztowne, że Berg musiał w 1936 r. odsprzedać połowę udziałów spółki koncernowi Texaco. Dwie Amerykańskie korporacje uruchomiły wydobycie ropy z saudyjskiej pustyni dopiero w 1939 r. Na uroczystą inaugurację do miasteczka naftowego przybył król Ibn Saud. William Berg z Socala i kierujący Texaco Torkild Rieber przesłali mu telegramy z życzeniami i dwa luksusowe samochody w prezencie. Monarcha mógł też osobiście odkręcić zawór rurociągu. Cała feta tak mu się spodobała, że zgodził się na sprzedanie nowej koncesji, która pozwalała obydwu koncernom objąć władzę na terenach o powierzchni 444 tys. mil kw. Na Bliskim Wschodzie karty przestawały rozdawać zachodnie mocarstwa, a zaczynały coraz bardziej niezależne korporacje naftowe.

Anglia zmusiła marionetkowego emira Iraku do podpisania umowy dającej jej wyłączność na wydobycie ropy do roku 2000 w cenie 4 szylingów w złocie za tonę surowca

@RY1@i02/2013/144/i02.2013.144.000001600.801.jpg@RY2@

Everett Collection/East News

Dzięki Lawrence''owi z Arabii (kadr z filmu) Wielka Brytania wypchęła Turcję z roponośnych terenów m.in. w Iraku

Andrzej Krajewski

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.