Optimalny wybór
Czasami człowiek odczuwa potrzebę, by zmienić coś w swoim życiu. Nawet wtedy, gdy ustrzelił szóstkę w totka, ma gromadkę dzieci, zdobył serce najpiękniejszej dziewczyny i wyprowadził się z nią na Bahamy. Jest spełniony, a mimo to pewnego ranka budzi się na rajskiej plaży i postanawia "coś zmienić". Wieczorem wylatuje do Tajlandii, gdzie poddaje się operacji zmiany płci, a następnie, już jako kobieta, bierze udział w wyborach miss, które przed chwilą były misterami. A wszystko dlatego, że dotychczasowe życie mu się znudziło.
Ale nie tylko ludzie odczuwają potrzebę dokonywania wolt w najmniej spodziewanym momencie. Dotyczy to też firm. Problem w tym, że niektóre przedsiębiorstwa doszły do takiej perfekcji w tym, co robią, i mają tyle pieniędzy, że jakakolwiek poważna zmiana, np. w sposobie zarządzania, byłaby dla nich samobójstwem. Ale ich szefostwo musi przeprowadzić reformy. Bo inaczej umrze z nudów. Dlatego pewnego dnia, paląc cygara zawinięte w studolarowe banknoty, zarząd wpada na genialny pomysł: zmieńmy chociaż nazwę! Ostatnio dotknęło to firmę Ernst & Young. Od początku lipca nazywa się ona EY. Ale nie "e igrek" tylko "i łaj". Z angielskiego. Coś jak E.T. Spielberga, co prawdopodobnie ma sprawiać wrażenie, że "i łaj" jest nieziemski.
Możliwe, że "i łaj" otworzy puszkę Pandory. Ponoć jego konkurent - PwC - rozważa zamieszczenie reklam, w których poprosi o to, aby nazywać go "pi dablju si". Zniknie również PKO, będzie "pi kej oł", albo - w wersji dla młodszych - "pi ke joł". A co z KGHM? Będziemy mieli "kej dżi ejdż em", czyli producenta miedzianego dżemu. A co z markami aut? "Wi dablju" jeszcze przechodzi przez gardło, ale "bi em dablju"... A co począć z Kią? "Kej aj ej" brzmi równie atrakcyjnie jak "mam grzybicę stóp". Ale z drugiej strony polskie "kia" też nie powala na kolana. Tymczasem prawda jest taka, że Kia nie ma czego się wstydzić. Szczególnie jeżeli pod lupę weźmie się jej sztandarową limuzynę - Optimę. Już od samego patrzenia na ten samochód rośnie ciśnienie. Gdyby znaczek Kia na osłonie chłodnicy zastąpić logo Lexusa, nikt by się nie poznał. To niewiarygodne, że firma wywodząca się z kraju, w którym obiad zwykł szczekać przed podaniem, zaprojektowała tak ładną, proporcjonalną, emocjonującą karoserię. A pod nią schowała tak dobrze wykonane, intuicyjne w obsłudze i naprawdę przestronne wnętrze. Deskę rozdzielczą zrobiono z materiałów lepszych niż te w passacie! Bagażnik ma imponujące 505 l pojemności, a na tylnej kanapie zmieści się średniej wielkości słoń. Wady? Jako człowiek mierzący 195 cm wzrostu nie mogłem znaleźć odpowiedniej pozycji za kierownicą. Jak nie koło było za daleko, to pedały za blisko, jak nie prawym kolanem uderzałem w konsolę środkową, to lewym ocierałem o kierownicę. I tak w kółko. Jest to irytujące jak przechadzka w klapkach po żwirowni.
A jak optima jeździ? Cóż. Dyplomatycznie mówiąc, Koreańczycy muszą jeszcze zaczerpnąć nieco lekcji u Europejczyków, za to sami śmiało mogą już udzielać korepetycji Japończykom (tym z Toyoty). Optima jest troszkę nerwowa na gęstych poprzecznych nierównościach, ale z drugiej strony dość pewnie się prowadzi na równych drogach i przy autostradowych prędkościach. Układ kierowniczy? Pozwólcie, że opiszę go słowami, które przeczytałem w jednym z CV nadesłanych do redakcji: "komunikatywny i zawsze otwarty na współpracę". Niestety tego samego nie można powiedzieć o dwulitrowym benzyniaku. Ten jest komunikatywny jak lokatorzy prosektorium. Niby na papierze wszystko wygląda OK - 165 koni i 196 Nm momentu obrotowego, ale odczucia z jazdy są takie, jakby w przypadku liczby koni ktoś zapomniał wstawić przecinek po cyfrze 6. A momentu obrotowego prawdopodobnie nie ma tu wcale. Aby optima z tym silnikiem w ogóle ruszyła z miejsca, musicie wkręcić motor na tak wysokie obroty, że hałas wydobywający się spod maski uszkodzi wam nie tylko słuch, lecz także wzrok i węch. Nie wiem, co trzeba zrobić, aby rozpędzić to auto do setki w obiecywane przez producenta 9,5 s. Prawdopodobnie zamontować na jego dachu rakietę Tomahawk, a następnie ją odpalić.
Ale nawet gdyby optima była sprzedawana bez silnika, i tak warto ją kupić. Wersja 2.0 XL kosztuje 107 tys. zł. Dostajecie za to nie tylko piękne, przestronne rodzinne auto, ale także skórę na fotelach, klimatyzację, nawigację, dobre audio, kamerę cofania, reflektory ksenonowe, elektrycznie sterowane wszystko oraz wiele, wiele innych cudów, które u konkurencji niemieckiej czy japońskiej windują cenę pojazdu w okolice 130-140 tys. zł. Wniosek? Z optimą jest trochę jak z "i łaj" - na początku wywołuje uśmiech politowania, a na końcu budzi uznanie.
@RY1@i02/2013/129/i02.2013.129.000001500.801.jpg@RY2@
KIA optima
@RY1@i02/2013/129/i02.2013.129.000001500.802.jpg@RY2@
Łukasz Bąk zastępca kierownika działu życie gospodarcze kraj
Łukasz Bąk
zastępca kierownika działu życie gospodarcze kraj
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu