Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

Jest perfekcyjny. I rozczarowujący

28 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 7 minut

Volkswagen Golf R

Spora grupa sejmowych wariatów chce, żeby pieszy miał pierwszeństwo na pasach zawsze i w każdej sytuacji. Wystarczy, że tylko spojrzy w stronę przejścia, a kierowca będzie miał obowiązek się zatrzymać i go przepuścić. "To znacząco poprawi bezpieczeństwo" - twierdzą posłowie. Jesteście tego pewni?

Bo jak znam życie, to za chwilę pięć milionów Polaków uzna, że są zającami - zaczną wskakiwać na jezdnię w najmniej oczekiwanym momencie. Prosto z krzaków. Albo zza innego auta. Albo ze sklepu. Jeżeli nie uda się wam w porę zatrzymać, to zamienicie ich w pasztet. A jeżeli wykażecie się refleksem muchy i wyjątkowo dobrymi hamulcami, z pewnością w tym samym momencie kobieta za wami prowadząca BMW X5 w panice pomyli pedał gazu z hamulcem. I tak pasztet składał się będzie z trzech osób i dwóch samochodów. Jeszcze większy problem widzę w przypadku biegaczy. Już dzisiaj są tak otumanieni endorfiną i muzyką płynącą z ich ajfonów oraz zajęci zamieszczaniem zdjęć swoich spoconych pach na Facebooku, że potrafią przebiec wam po masce i nawet tego nie zauważyć. A gdy stanie się to całkiem legalne, będzie jeszcze gorzej - na Allegro pojawi się mnóstwo ofert używanych butów New Balance.

Niewątpliwie nowe przepisy będą miały również plusy. Po pierwsze: ubędzie biegaczy. Po drugie: rozwinie się zupełnie nowa gałąź biznesu - warsztaty specjalizujące się w usuwaniu krwi, szczątków tkanin, włosów i śladów DNA ze zderzaków. I wreszcie po trzecie: w niedługim czasie ze społeczeństwa zostaną wyeliminowani wszyscy ludzie z IQ na poziomie zająca.

Prawda jest taka, że możemy sobie wymyślić, że pieszy ma pierwszeństwo przed samochodem, ale to mniej więcej tak jakby mewa miała pierwszeństwo przed startującym boeingiem. Albo makrela przed przepływającym kontenerowcem. Oczami wyobraźni już widzę te 30-tonowe TIR-y toczące się przez Suwałki, Mławę i Międzyrzec w tempie 5 km/h, na wypadek gdyby o drugiej w nocy jakiś podchmielony rolnik zechciał przeprawić się na drugą stronę jezdni. Spodziewam się też paraliżu komunikacyjnego w miastach. Wystarczy, że pod galerią Mokotów wysiądzie sygnalizacja świetlna, a będą stały cała Praga, Białołęka, Ursus, a być może nawet podwarszawskie Legionowo. Przejścia bez sygnalizacji wokół każdej galerii handlowej będą przypominały sawannę w okresie migracji antylop.

Jedno jest pewne - gdy nowe przepisy wejdą w życie, powinniście sprawić sobie jakiś samochód, którego w razie czego żaden ze świadków nie będzie w stanie zidentyfikować. Nie zapamięta ani marki, ani modelu, ani nawet koloru. Idealnym kandydatem wydaje mi się volkswagen golf. Na przestrzeni ostatniego roku jeździłem pięcioma wersjami tego samochodu i trzy z nich zgubiłem. Czarnego hatchbacka z dieslem pod supermarketem, granatowe kombi z benzyniakiem na parkingu pod biurem, a benzynowego srebrnego hatchbacka w lesie, gdy zatrzymałem się dosłownie na 15 sekund, żeby się wysikać. Ale, jak zapewne zauważyliście, dwóch golfów nie udało mi się zgubić. Jeden nosił oznaczenie GTD, a drugi - R.

Pierwszy z nich był dieslem o mocy 184 KM, miał automat DSG, napęd na przód, przyspieszał do setki w 7,5 sekundy i kosztował 115 tys. zł. A nie zgubiłem go, bo miał kilka elementów wyróżniających go z tłumu - jakieś spojlery, agresywniejsze zderzaki, obniżone zawieszenie i coś tam jeszcze. Z kolei wersja R miała pod maską 300 koni, napęd na cztery koła, 100 km/h na jej liczniku pojawiało się po niespełna 5 sekundach, a kosztowała prawie 150 tys. zł. A nie zgubiłem jej ani razu, bo zawsze stało przy niej piętnaście osób zastanawiających się, jak jeździ kompaktowy golf napędzany 300 końmi. No więc muszę was rozczarować - zupełnie normalnie. Jak golf: komfortowo, cicho, spokojnie, przewidywalnie, elegancko. W codziennym użytkowaniu nie zauważycie w nim niczego nadzwyczajnego, co pozwoliłoby wam krzyknąć: "Wow! Ależ jest wspaniały". Szczerze mówiąc, dźwięki podniecenia i egzaltacji nie wydobędą się z waszego gardła nawet wtedy, gdy włączycie tryb Race. Owszem, silnik i układ wydechowy zaczynają wtedy przyjemnie warczeć, samochód staje się sztywniejszy, szybciej i precyzyjniej reaguje na ruchy kierownicą, jeździ agresywniej i doprawdy staje się piekielnie szybki. Sęk w tym, że nadal nie ma w nim niczego nieprzewidywalnego. Każecie "erce" wejść w dowolny zakręt, z dowolną prędkością i na dowolnym biegu, a ona po prostu to robi, łamiąc przy okazji kilka zasad fizyki. Wy w tym czasie popijacie sobie kawę, dłubiecie w nosie, czytacie gazetę albo liczycie martwych pieszych z ubiegłego tygodnia. Przyznajcie sami - nie o to chodzi w rasowym sportowym hatchbacku.

Nie chciałbym zostać źle zrozumiany - golf R jest perfekcyjny. Sęk w tym, że stracił przez to zadziorny charakter, jakim powinno charakteryzować się tego typu auto. Już nawet GTD zapewnia więcej emocji. Ale gdybym miał wybierać, to celowałbym w klasyczne GTI - słabsze i znacznie tańsze od R, ale dzięki napędowi wyłącznie na przód znacznie bardziej szalone - potrafi lekko zarzucić tyłem, kierowca ma tu znacznie więcej do robienia i do wykazania się. Jeżeli jeszcze nie do końca rozumiecie, co mam na myśli, możecie spróbować porównać R i GTI do dwóch kobiet: pierwsza jest inteligentna, piękna, wspaniale gotuje, dokładnie pierze, perfekcyjnie ściera kurze. Druga robi to wszystko tak samo dobrze tylko nieco wolniej, ale za to rewelacyjnie kręci przy tym tyłeczkiem. No więc, którą z nich ocalilibyście na przejściu dla pieszych?

@RY1@i02/2014/231/i02.2014.231.000002400.803.jpg@RY2@

Volkswagen Golf R

@RY1@i02/2014/231/i02.2014.231.000002400.804.jpg@RY2@

Łukasz Bąk szef sekretariatu redakcji

Łukasz Bąk

szef sekretariatu redakcji

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.