Sałatę z polędwiczkami, tylko bez sałaty, proszę
jazda pod prąd volvo V60 D6
Podziwiam wegetarian. Za ich wewnętrzny upór, silną wolę i konsekwencję w trzymaniu się zasad. Na śniadanie zamiast pachnącej krakowskiej wcinają białą owsianą breję, a na obiad w miejsce soczystego kawałka steku z argentyńskiej wołowiny wybierają ciecierzycę i kaszę jaglaną. Zaś gdy przychodzi czas kolacji, odmawiają sobie podpieczonej golonki i oddają się kulinarnej ekstazie pod tytułem pasta jajeczna i kabaczki. Znam kilka osób, które stronią od mięsa i bez trudu akceptuję fakt, że coś, co w poprzednim życiu kwiczało, muczało albo gdakało, im nie smakuje. Dopóki nie próbują nawracać mnie na swoją żywieniową religię, z przyjemnością siadam z nimi przy jednym stole.
Niestety istnieje również radykalna odmiana wegetarianizmu zwana weganizmem. Wyznawcy tej filozofii nie jedzą nic, co pochodzi od zwierząt. Wierzą, że tłusta krowa, której sens życia sprowadza się do odganiania much ogonem, oraz kura, która jest tak tępa, że po obcięciu głowy nadal biega po podwórku, mają takie samo prawo do życia i decydowania o sobie jak człowiek. Dlatego nie tykają nie tylko mięsa, lecz także jajek, mleka, twarogu etc. A teraz wyobraźcie sobie, że pewnego dnia cała ludzkość decyduje się żywić wyłącznie kiełkami. Już po tygodniu eksplodują wymiona wszystkich krów na świecie, a z jajek wykluwa się tyle piskląt, że aby je wyżywić, należy oddać im całą pszenicę, którą hodowaliśmy dla siebie. Urocze prosiaczki przychodzą na świat w takim tempie, że po roku każdy z nas ma już w domu trzy egzemplarze. A że ich dieta też jest wegańska, to wyżerają wszystko z lodówek, zmuszając nas do głodowania. Wiecie już, co chcę przez to powiedzieć? Weganizm jest filozofią śmierci. Na dłuższą metę doprowadziłby do zagłady ludzkości. Umarlibyśmy z głodu, a świnie zajęłyby nasze miejsce. Żeby do tego nie dopuścić, człowiek żywi się mięsem, a przynajmniej produktami pochodzenia zwierzęcego. Dlatego nie ufam tym, którzy "kumplują" się z kurami do tego stopnia, że nie jedzą nawet jajek.
A teraz przejdźmy do samochodów. Tutaj również istnieje coś na wzór weganizmu - to wiara w to, że wszystko, co pochodzi od ropy i węgla, jest złe, więc należy inwestować w auta elektryczne. Innymi słowy, zdaniem idiotów, nazywanych w kręgach dyplomatycznych ekologami, lit, jon, nikiel i wszystko, co Mendelejew umieścił na swojej tablicy, jest zdrowsze od poczciwego czarnego oleistego płynu wypompowanego spod ziemi. To mniej więcej tak, jakby twierdzić, że płyn do chłodnic jest zdrowszy od poczciwej wódki.
Na szczęście istnieje znacznie normalniejsza odmiana motoryzacyjnego weganizmu. Zakłada ona, że owoce i warzywa są zdrowe, ale nie można ot, tak po prostu, wyeliminować z diety mięsa. Innymi słowy, należy zachować równowagę. Tą drogą pojechało szwedzkie Volvo, które wprowadziło do oferty model V60 w wersji elektryczno-wysokoprężnej. Pełna nazwa to V60 D6 PHEV Plug-in-Hybrid. Komuś w Szwecji najwyraźniej kot przebiegł po klawiaturze. I powstało oznaczenie dla hybryd z dieslem, która w praktyce działa tak: wieczorem wkładacie wtyczkę do gniazdka w garażu, a rano możecie przejechać 50 km (według Volvo, bo według mnie to maks. 40 km), nie zużywając ani kropli paliwa. Możecie też wybrać tryb hybrydowy (wtedy silnik elektryczny wspomagany jest przez ten tradycyjny) i spalić 1,9 litra ON (także według Volvo, bo mnie wychodziło przynajmniej 4-5 litrów). A kiedy potrzebujecie dużo mocy albo napędu na cztery koła, wciskacie przycisk "Power" i macie do dyspozycji 283 konie galopujące do setki w 6 sekund. Działa to zgrabnie i płynnie, a gdy baterie są naładowane, auto jest szalenie ciche i w mieście praktycznie nie korzysta z diesla. Problemy pojawiają się na autostradzie - przy dynamicznej jeździe nie dojedziecie do pierwszego zjazdu, a akumulatory będą już wyczerpane. Powyżej 120 km/h auto napędza już wyłącznie ropniak, który potrafi spalić 7-8 litrów ON. Swój udział ma w tym waga - D6 jest cięższy od porównywalnego D5 (czyli zwykłego diesla) o 250 kg. I przez to także gorzej się prowadzi. Oraz ma mniejszy bagażnik (bo trzeba było ukryć pod nim baterie). A to wszystko za 70 tys. zł więcej w porównaniu z D5 z napędem na cztery koła. Czy zatem warto?
Ujmę to tak: jeżeli auto elektryczne to odpowiednik sałaty, volvo V60 D6 jest jak sałata serwowana z polędwiczkami wieprzowymi. Ja wyrzuciłbym sałatę i zjadł samo mięso. Najlepiej, żeby było krwiste i polane sosem pieprzowym. Volvo oznacza je w swoim menu symbolem T6 Polestar. To wersja benzynowa o mocy 329 koni. Pali 10 litrów więcej niż hybryda, ale też kosztuje o 50 tys. zł mniej. A za te pieniądze możecie kupić prawie 10 tys. litrów paliwa i pełnymi garściami czerpać z frajdy, jaką daje T6. Podsumowując, jeżeli jesteście zagorzałymi mięsożercami, to D6 nie nasyci waszego apetytu. Zjecie, strawicie, ale będziecie mieli poczucie, że wydaliście mnóstwo kasy na danie, które nie zwaliło was z nóg. Zaś T6 wywoła w was mdłości. A mimo to będziecie chcieli więcej i więcej...
@RY1@i02/2014/197/i02.2014.197.000001800.803.jpg@RY2@
Volvo V60 D6
@RY1@i02/2014/197/i02.2014.197.000001800.804.jpg@RY2@
Łukasz Bąk szef sekretariatu redakcji
Łukasz Bąk
szef sekretariatu redakcji
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu