Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

Oskarżam porsche, bmw i audi: zgwałciłyście mnie

28 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 6 minut

jazda pod prąd autami sportowymi

W mijającym tygodniu feminizm odbył stosunek z literaturą. Literatura nie chciała, ale feminizm tak bezceremonialnie ciągnął za włosy, że nie miała wyjścia. Urodziła się z tego powieść, w której od paru dni zaczytuje się całe społeczeństwo. Gwałt kobiety na facecie okazał się bestsellerem. I wylansował jego bohaterów. Do tej pory Ignacego Karpowicza znało pięć osób na krzyż. Ponoć napisał jakąś książkę, która dostała jakiś paszport, ale nie mam bladego pojęcia, dokąd. Na pewno daleko, bo w polskich księgarniach jej nie widziałem. A przynajmniej nie na tych półkach, na których leżą książki, które ja czytam.

A Kinga Dunin? Media opisują ją jako "znaną sześćdziesięcioletnią feministkę". Ja słyszę o niej pierwszy raz, ale to może dlatego, że feminizm jest mi równie bliski, co buddyzm. Filozofia, która traci sens w momencie, kiedy trzeba wnieść lodówkę na drugie piętro, jest - delikatnie mówiąc - mocno naciągana. Ale w sumie to tej Duninowej się nie dziwię: jakbym był rudą feministką, też pewnie nie przepuściłbym żadnej okazji. Zaś Karpowicz to człowiek bez poczucia wstydu i własnej godności. Po pierwsze, gdybym był przed czterdziestką i jakaś babcia próbowałaby zaciągnąć mnie do łóżka, na samą myśl o tym zrobiłbym taką minę, że w prosty sposób uniknął gwałtu. Karpowicz nie zrobił, co może świadczyć o tym, że mu się podobało. A później poszedł do mediów i wszystko wypaplał. Po drugie, osobiście wolałbym chyba publicznie polać się benzyną i podpalić, niż przyznać, że jakaś babka wzięła mnie w obroty bez mojej zgody. Posłuchajcie tylko, jak to brzmi: "Kobieta mnie zgwałciła".

W tym miejscu chciałbym przejść do tzw. kryzysu wieku średniego, który rzekomo dotyka wielu mężczyzn. Ponoć wtedy lubią kupić sobie jakieś dobre auto, żeby - jak powszechnie się sądzi - podrywać młodsze dziewczyny. Z tego powodu żona mojego znajomego nie pozwala mu nawet wymawiać nazwy Porsche. I w ten sposób sama zaciska sobie pętlę na szyi. W rzeczywistości jest tak, że jak facet ma fajne auto, to kobiety przestają go interesować. Zamiast iść w tany, woli jeździć, cieszyć się każdą chwilą wolności i swobody za kierownicą. Moc, prędkość i przyspieszenie stają się dla niego substytutem długich nóg i kształtnych piersi. Wiem to, bo mój redakcyjny kolega, któremu w ubiegłym tygodniu dałem się przejechać porsche 911 turbo S, w ciągu 20 kilometrów szczytował dwukrotnie. Raz, kiedy z otwartym dachem jechał ponad 200 km/h, a drugi raz, gdy uruchomił launch control. To coś w dużym skrócie działa tak: gdy auto stoi, trzyma się lewą nogę na hamulcu, prawą wbija gaz w podłogę, a następnie puszcza hamulec. Efekt: 3,2 sekundy do setki i pełno w portkach. I to dla tego efektu ludzie są skłonni wydać na 550-konne turbo S ponad milion złotych. Czy ja bym to zrobił? Nie. Bo w codziennym użytkowaniu znacznie lepiej sprawdza się tańsza o niemal 400 tys. zł 400-konna targa 4S. Do tego lepiej wygląda, lepiej brzmi i przynajmniej jadący za mną nie widzą mojej łysiny.

Ale jeszcze bardziej od porsche targi chciałbym nowe bmw M3, którym również jeździłem w ubiegłym tygodniu. Boże drogi, cóż to za samochód. Ma czworo drzwi, pięć miejsc, duży bagażnik i 431 koni. Jak jeździ? Ujmę to tak: zawoziłem nim teściową na gastroskopię. Lekarze na miejscu stwierdzili, że jeszcze w życiu u nikogo nie widzieli tak gruntownie oczyszczonego żołądka. Przyspieszenie do setki w 4,1 sekundy nie robi takiego wrażenia jak sposób, w jaki to auto potrafi pokonywać zakręty - bokiem i w tumanach dymu z opon. Niektórzy narzekają, że przez zastosowanie podwójnego turbo jest tu za dużo momentu obrotowego na niskich obrotach, że silnik nie brzmi tak brutalnie jak w poprzedniku, że całość została zbyt ucywilizowana. Ale akurat mnie to wszystko się podoba. Bo teraz M3 w codziennym użytkowaniu jest normalnym komfortowym sedanem z rozsądnym zużyciem paliwa, zaś po naciśnięciu magicznego przycisku "M2" na kierownicy zamienia się w wariata. Niestety, dobrze doposażone kosztuje 400 tys. zł, przez co wielu z nas zaparkuje je jedynie w garażu z napisem "marzenia".

Jest jednak samochód, który za znacznie mniejsze pieniądze (130 tys. zł) oferuje tylko nieznacznie mniej frajdy. To audi S1. Jest małe, ciasne i ma "tylko" 231 koni, ale w połączeniu z fantastycznym napędem na cztery koła, rewelacyjnym zawieszeniem i jeszcze lepszą skrzynią biegów budzi równie przyjemne uczucia co randka z Angeliną Jolie. Gdy je prowadziłem, cały czas się uśmiechałem. Zabrałem to auto na płytę poślizgową na jednym z zamkniętych torów, gdzie przez kilka godzin bawiłem się, kręcąc bączki, wchodząc w zakręty bokiem, ćwicząc poślizgi etc. I muszę przyznać, że choć obiło mi kolana (cholerna obudowa kierownicy), to równocześnie podbiło moje serce.

Każde z tych aut na swój sposób dokonuje na facecie gwałtu. Porsche robi to brutalnie, bez zbędnych ceregieli i gry wstępnej. Jest jak opętana nimfomanka, która nikomu nie przepuści, bmw jest znacznie bardziej szarmanckie, ale doprowadzone do wściekłości (przyciskiem "M2" na kierownicy) spuści wam takie lanie, że przez miesiąc nie będziecie mieli odwagi nawet na nie spojrzeć. A audi? Cóż, audi to niepozorny, podstępny typek: udaje feministkę, robi niewinne oczka, wyciąga w przyjaznym geście rękę, a jak tylko zatrzaśniecie za sobą drzwi do jego królestwa, bezczelnie włoży wam rękę w spodnie.

@RY1@i02/2014/192/i02.2014.192.000002400.805.jpg@RY2@

BMW M3

@RY1@i02/2014/192/i02.2014.192.000002400.806.jpg@RY2@

Audi S1

@RY1@i02/2014/192/i02.2014.192.000002400.807.jpg@RY2@

Porsche 911 Targa 4

@RY1@i02/2014/192/i02.2014.192.000002400.808.jpg@RY2@

Łukasz Bąk szef sekretariatu redakcji

Łukasz Bąk

szef sekretariatu redakcji

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.