Innowacja, czyli normalka
Innowacyjność to prawdopodobnie jeden z najbardziej przegadanych tematów współczesnego kapitalizmu. Jednak mimo morderczej konkurencji znajdują się śmiałkowie chętni, by z nim się mierzyć.
Na przykład autorski duet Paddy Miller i Thomas Wedell-Wedellsborg. Ten pierwszy jest bardziej doświadczony i pracuje jako profesor w Szkole Biznesu w Barcelonie. Zna też z pierwszej ręki świat wielu tradycyjnych korporacji w stylu Boeinga, Lufthansy czy Citi, bo pracował dla nich jako konsultant. Ten drugi (z pochodzenia Duńczyk) wnosi do duetu powiew świeżości oraz obeznanie w świecie mniejszych (a często dopiero startujących) organizmów biznesowych. Efektem ich współpracy jest zgrabnie napisana książka z mnóstwem przykładów i anegdot. Czy przydatna? To pewnie zależy od tego, do jakiego trafi czytelnika.
Bo jeśli ktoś wiele na temat innowacyjności jeszcze nie czytał, to na pewno nie będzie miał po lekturze poczucia straconego czasu. Bo przesłanie książki - choć proste - banalne nie jest. Obu panom chodzi z grubsza o to, że innowacyjność nie powstaje na organizowanych raz do roku specjalnych szkoleniach albo żenujących burzach mózgów. Które przecież i tak przeistaczają się w nudne nasiadówy lub strojenie piórek w celu zaimponowania przełożonym. Ba, niewiele w temacie innowacji pomogą tak innowacyjne metody, jak wstawienie do sali konferencyjnej stołu z piłkarzykami (zrobił tak kiedyś Google) ani nawet zezwolenie pracownikom na noszenie w pracy klapek (to Facebook).
Bo innowacyjność - twierdzą autorzy "Architektów..." - powinna być jak świeże powietrze, którym się w firmie oddycha. Powinna być obecna cały czas, jakby od niechcenia, a nowe rzeczy powinny być natychmiast dostrzegane i wdrażane. Tak by nie dochodziło do utraty innowacyjności na różnych etapach firmowej codzienności. By nie ginęła w szufladach, nie stawała się ofiarą walk frakcyjnych między kierownikami lub choćby tego, że w firmie nikt prócz szefa nie ma prawa zabrać głosu. Taka innowacyjność kosztuje niewiele. Bo nie jest to innowacyjność mierzona poziomem wydatków na kapitałochłonne badania i rozwój. To raczej lepsza organizacja pracy i ułożenie ról w zespole. Lepsze procedury. Gdy czytamy Millera i Wedella-Wedellsborga, ten cel wydaje się być na wyciągnięcie ręki. I to już jest przynajmniej jakiś punkt zaczepienia dla każdego, kto chciałby zrobić z tą książką coś więcej, niż tylko ją przeczytać, a potem odstawić na półkę.
Gorzej jednak, jeśli czytelnik już co nieco na temat innowacyjności wie. A może nawet próbował ją tu i ówdzie zastosować. I dopiero wtedy sięga po pracę Millera i Wedell-Wedellsborga. W takiej sytuacji (mówiąc szczerze) nie widzę zbyt wielu powodów, żeby sięgać akurat po tę książkę. Bo "Architekci innowacji" niczym szczególnym się na tle dobrej klasy konkurencji nie wyróżniają. Ich silną stroną jest oczywiście przystępność i zdroworozsądkowe podejście. Ale już choćby w porównaniu z recenzowaną w tym miejscu "Innowacyjnością. Modelem od A do F" Fernando Triasa de Besa i Philipa Kotlera brakuje im systematyczności i całościowego podejścia. Zaszkodzić nie zaszkodzi. Ale czy na pewno pomoże? Szczerze wątpię.
@RY1@i02/2014/148/i02.2014.148.000002000.802.jpg@RY2@
Paddy Miller, Thomas Wedell-Wedellsborg, "Architekci innowacyjności", Studio Emka, Warszawa 2014
Rafał Woś
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu