Adaś, podobasz mi się. Ale nie spieszmy się tak
Z prawem jazdy jest jak z kobiecymi piersiami - minimalistom wystarczy A, niektórzy gustują w C, prawdziwych fanatyków podnieca D, a zdecydowana większość posiada B. Czyli normalne. A normalność to w dzisiejszych czasach prawdziwa rzadkość. Za normalnymi nikt się nie ogląda, nikt ich nie nagrywa, nie mają czym chwalić się na fejsie. Dzisiaj w modzie jest bycie nietuzinkowym - żeby zostać zauważonym, poklepanym po plecach i zebrać siedem milionów lajków w dwie godziny, należy przejść na buddyzm, zmienić płeć, przyznać się do gustowania w osobnikach tej samej płci, wytatuować na plecach podobiznę Giertycha, przejechać się po centrum Warszawy 200 km/h, coś komuś ukraść albo przynajmniej uratować jakiegoś jeża i na zdjęciu uwiecznić moment, jak je z psem z jednej miski. O normalnych ludziach można usłyszeć tylko w telewizji. Nie dalej jak wczoraj tefałen czy inny polsat rozmawiał z sąsiadką rodziny, w której syn nie mógł doprosić się jajecznicy, w związku z czym zrzucił oboje rodziców z trzeciego piętra. Sąsiadka jest zaskoczona: "Przecież to był taki normalny chłopak. Zawsze »dzień dobry« powiedział, śmiecie pomógł wynieść". Jak widać, ta normalność, brak jajecznicy oraz prawdopodobnie dostępu do fejsa zwichnęły mu psychikę.
Żeby zabłysnąć w świecie samochodów, też trzeba być nienormalnym. Wyprodukować kombi udające SUV-a, SUV-a udającego kabriolet albo kabriolet udający kombi. Spójrzcie na gamę Volkswagena - znajduje się w niej m.in. terenowe polo, które jest równie niedorzeczne jak chomik grający na gitarze. A Hyundai? Jego veloster ma jedne drzwi po lewej stronie i dwoje po prawej. Razem trzy. Nie sprawdza się to kompletnie w codziennym użytkowaniu, ale daje Koreańczykom poczucie oryginalności. Cóż, Conchita Wurst też jest oryginalna, głównie dzięki swojej brodzie, ale nie znam jednak nikogo, kto chciałby ją pocałować. I tak samo nie znam nikogo, kto chciałby mieć velostera.
Istnieje jednak pewna grupa samochodów, którym oryginalno-nienormalność doskonale służy. Mowa o mieszczuchach. Listę otwiera fiat 500, później jest citroen DS3, mini, ford ka i renault twingo. Wszystkie one dobrze wyglądają, cieszą oko i doskonale sprawdzają się w mieście. Co prawda moi redakcyjni koledzy twierdzą, że żadne z tych aut nie ma prawa mi się podobać, ponieważ kosztują znacznie poniżej 100 tys. zł i nie mają znaczka BMW, ale ja naprawdę lubię małe wozidełka. Na miejskich ulicach dają poczucie wolności i swobody, co jest kompletnie obce ich większym braciom i siostrom. Po raz kolejny przekonałem się o tym, gdy usiadłem za kierownicą opla adama. Już po minucie spędzonej za jego kierownicą poczułem się zaskakująco pewny siebie i zdecydowany. Wiedziałem, że wcisnę się w każdą najmniejszą lukę między autami, że to ja będę trąbił na innych, a nie odwrotnie, i że w piątek wieczorem zaparkuję bez trudu pod samymi drzwiami każdego marketu. Albo w wiacie na wózki sklepowe. Ewentualnie wjadę do środka i będę lawirował między regałami, wrzucając wszystkie zakupy prosto do bagażnika. A później wjadę do kuchni i wypakuję je od razu do lodówki.
Co bardzo ważne, w przypadku Adama lekkość i swoboda nie idą w parze z - jak ma to miejsce w wielu miniautach - wykonaniem na poziomie taczek budowlanych. Deska rozdzielcza zrobiona jest z bardzo dobrych, przyjemnych w dotyku materiałów, a siedzenia mogą być obite nawet skórą. Urządzenia pokładowe obsługuje się intuicyjnie jak widelec, a miejsca na przednich fotelach jest zaskakująco dużo. Bardzo spodobało mi się również dość twarde zawieszenie i precyzyjny układ kierowniczy, które w połączeniu z króciutkim rozstawem osi i 100-konnym silnikiem pozwoliły czerpać frajdę z jazdy po krętych uliczkach.
Naprawdę doskonale się z Adamem bawiłem. Przez całe 15 minut. Bo później musiałem jechać do domu. Autostradą. A tam Adaś przyjął pozycję królika otoczonego stadem wilków: podkulił ogon, a jego przerażone ślipia szukały jakiejkolwiek możliwości ucieczki z sytuacji zagrożenia. Spośród 100 młodych źrebaków umieszczonych pod maską na autostradzie w popłochu uciekło jakieś 98. Zanim osiągnąłem przepisowe 140 km/h, zjadłem opakowanie relanium i popiłem je dwiema szklankami melisy. A wieczorem dostałem biegunki na tle nerwowym. Następnego ranka zażyłem węgiel i ruszyłem do pracy. Najpierw stres na autostradzie, a później dobra zabawa na mieście. A po południu odwrotnie: najpierw zabawa, potem stres. Czyli z Adamem jest trochę jak z przypadkową dziewczyną poznaną na wiejskiej dyskotece: najpierw taniec, czułe słówka, tanie wino, przytulanki, a na koniec spontaniczna wizyta w stodole. Jednym słowem: dobra zabawa. A potem stres. Wniosek: żeby związek z małym oplem uznać za naprawdę udany, nie można się spieszyć. Wtedy okazuje się naprawdę doskonałym towarzyszem codziennego miejskiego życia.
@RY1@i02/2014/133/i02.2014.133.00000130a.803.jpg@RY2@
Opel Adam
@RY1@i02/2014/133/i02.2014.133.00000130a.804.jpg@RY2@
Łukasz Bąk szef sekretariatu redakcji
Łukasz Bąk
szef sekretariatu redakcji
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu