Masakra, której nie było
Przez ponad 40 lat o tej tragedii nie mówiono. Bo jak by to wyglądało, gdyby wyszło na jaw, że w czasie ćwiczeń w Wielkiej Brytanii tylko jednego dnia zginęło prawie tysiąc alianckich żołnierzy
27 kwietnia 1944 r. nad południową Anglią budził się mglisty poranek. Obsadzający pozycje powyżej kamienistej plaży w Slapton strzelcy mrużyli oczy, wypatrując barek transportowych. Gdy się pojawiły, przygotowali broń. Rozkazy były jasne - strzelać ostrą amunicją nad głowami lądujących na plaży żołnierzy.
Tak miał wyglądać początek alianckich manewrów "Tiger". Dowództwo amerykańskich i brytyjskich wojsk chciało w ten sposób oswoić żołnierzy z desantem, bo za pięć tygodni mieli oni lądować na obsadzonych przez Niemców normandzkich plażach. Nie można więc było pozwolić sobie na żaden błąd.
Barki podpłynęły jeszcze bliżej, otworzyły się grodzie i ze środka zaczęli wyskakiwać żołnierze i kryć się przed ogniem oddziałów "broniących" dostępu do brzegu. Na plaży zaroiło się od Amerykanów, załogi barek zaczęły wyładowywać ciężki sprzęt. Wtedy w jednej sekundzie rozpętało się piekło. Podczas ćwiczeń zginęło prawie tysiąc żołnierzy, pięć razy więcej niż podczas lądowania na plaży Utah.
Tragiczny błąd
Dowodzący siłami aliantów gen. Dwight Eisenhower, po wojnie prezydent USA, traktował manewry "Tiger" jak próbę generalną przed lądowaniem w Normandii, które miało otworzyć zachodni front w Europie.
Wybrzeże w Slapton było idealne do przeprowadzenia próby. Kamieniste, otoczone skałami, przypominające plażę o wojskowym kryptonimie Utah, jak nazwano jeden z odcinków normandzkiego wybrzeża, gdzie 6 czerwca wylądowały amerykańskie oddziały. Poza tym puste. Jeszcze jesienią 1943 r. z okolicznych miejscowości ewakuowano mieszkańców. Dlatego Eisenhower nie miał skrupułów przed wydaniem rozkazu o użyciu ostrej amunicji i ostrzelaniu z brytyjskich krążowników plaży, na której miały się odbyć ćwiczenia.
Lądowanie amerykańskich oddziałów zaplanowano na godz. 7.30, ostrzał miał się rozpocząć godzinę wcześniej i potrwać aż 30 minut. Jednak tuż po godz. 6 brytyjski admirał Don P. Moon otrzymał depeszę, z której wynikało, że barki desantowe spóźniają się. Rozkazał więc przełożenie wsparcia artyleryjskiego na godz. 8.30. Decyzję podjął sam, nie powiadamiając o niej jednostek biorących udział w operacji.
Gdyby Moon nakazał sprawdzić informację o spóźniających się barkach, być może dowiedziałby się, że desant dopłynął jednak o czasie. Nie zrobił tego i pociski z dział okrętowych spadły na plażę wypełnioną żołnierzami US Army. Zapanował chaos, padli zabici, sanitariusze nie nadążali z opatrywaniem rannych. Załogi barek zaczęły wzywać przez radio do przerwania ognia. Zanim artylerzyści zorientowali się, że wstrzeliwują się we własne oddziały, zginęło prawie 300 osób.
Długi powolny cel
Gdyby dowództwo po masakrze na plaży w Slapton przerwało ćwiczenia, być może nie doszłoby do kolejnej tragedii - na morzu. Według planu desant miał się odbywać w dwóch rzutach. Dlatego w nocy z 27 na 28 kwietnia z portów w Plymouth i Brixton wypłynęło osiem wojskowych barek transportowych LST. Na każdej ok. 400 osób, pod pokładem czołgi, ciężarówki, dżipy. Po północy w szyku zmierzały w kierunku zatoki Lyme, o świcie miały być na miejscu feralnego desantu na plaży w Slapton.
Barki były osłaniane przez dwa okręty. Na przodzie płynęła korweta HMS Azalea, z tyłu niszczyciel HMS Scimitar, który musiał zawrócić do portu, bo uszkodził kadłub. Znów nie zdecydowano o anulowaniu ćwiczeń, choć osłabiony konwój mógł stać się łatwym celem dla niemieckich jednostek, które zapuszczały się do brytyjskich wybrzeży. Amerykańscy marynarze żartobliwie tłumaczyli nazwę barek Landing Ship Tank na Long Slow Target, czyli Długi Powolny Cel. Cel, który wymagał eskorty.
- Największym błędem alianckiego dowództwa było niedocenienie wroga. Marynarze Kriegsmarine byli znakomicie przygotowani do prowadzeniu walk na wodach ciasnego Kanału Angielskiego - mówi DGP prof. Harry Bennet, historyk z Uniwersytetu Plymouth, autor książki "Destination Normandy".
Tej nocy śladem konwoju podążało aż dziewięć niemieckich kutrów torpedowych. Schnellbooty wypłynęły na patrol z francuskiego Cherbourga i prawdopodobnie zostały zwabione ku brytyjskiemu wybrzeżu wzmożoną aktywnością alianckich radiostacji. Poczekały, aż konwój wejdzie do Zatoki Lyme, i tuż po godz. 1.30 zaatakowały go od południa.
- Nad naszymi głowami rozbłysła flara. Powiedziałem: o mój Boże, teraz oberwiemy. Ale szczęśliwie nie dostaliśmy, torpeda najwyraźniej przeszła pod nami, bo barki miały płaskie dno - opowiadał amerykańskiej rozgłośni NPR marynarz z LST-515 Paul Gerolstein. - Spojrzałem przez rufę i zobaczyłem, że LST-531 i 532 zostały trafione - wspominał dwa lata temu 91-letni wówczas weteran. Steve Sadlon, radiooperator z LST-507, akurat odsypiał wachtę. - Obudził mnie bardzo głośny zgrzyt. Uderzyła w nas torpeda, która na szczęście nie wybuchła. Pobiegłem do stanowiska radiooperatorów i zdążyłem tylko usiąść przy radiostacji, kiedy zostaliśmy trafieni drugi raz. Eksplozja zrzuciła mnie z krzesła, uderzyłem głową w ścianę i na chwilę straciłem przytomność - wspominał 65 lat po tym ataku 86-letni weteran w rozmowie z amerykańską telewizją NBC News. Ranny Sadlon uciekł z płonącego okrętu, skacząc do wody.
Doktor Eugene Eckstam, oficer medyczny z LST-507, próbował dotrzeć do żołnierzy uwięzionych pod pokładem, ale jak opisywał swoje przeżycia na łamach wydawanego przez amerykańską marynarkę magazynu "Navy Medicine" w 1994 r., ogień zagrodził mu drogę. "Kiedy otworzyłem właz, poczułem, jakbym zaglądał w głąb piekła. Wciąż słyszę krzyki i płacz tych ludzi" - relacjonował.
Ściśle tajny BIGOT
Walka z torpedowcami trwała trzy godziny. Barki odpowiadały ogniem z dział pokładowych, nie wyrządziły jednak okrętom Kriegsmarine większej szkody. Chaos potęgował brak łączności, ponieważ przy wyjściu z portów nie ustalono, na jakiej częstotliwości radiowej eskorta będzie się kontaktować z konwojowanymi barkami. Niewykluczone, że straty byłyby mniejsze, bo radar w Plymouth wykrył zbliżające się torpedowce, jednak ostrzeżenie nadano na częstotliwości, na której radiooperatorzy barek nie prowadzili nasłuchu.
Gdy zrobiło się jasno, Niemcy odpłynęli, obawiając się pościgu. Trzy jednostki alianckie zostały trafione, dwie poszły na dno. Widok był wstrząsający. - Zobaczyliśmy tyle ciał na wodzie, że można by było przejść po nich suchą stopą - wspominał Paul Gerolstein. Zginęło 749 żołnierzy, w większości z wychłodzenia w zimnych wodach zatoki.
Eisenhower na wieść o śmierci w sumie ok. tysiąca żołnierzy wpadł we wściekłość. Nakazał utajnić wszelkie szczegóły dotyczące operacji "Tiger". Zwłaszcza te o liczbie ofiar nie miały prawa się przedostać do opinii publicznej. - W czasie wojny informacja to potęga. Ujawnienie strat mogłoby pomóc wrogowi, bo z pewnością podziałałoby fatalnie na morale alianckich żołnierzy - podkreśla prof. Bennett.
Był jeszcze jeden problem. W czasie ataku torpedowców zaginęło 10 alianckich oficerów, którzy wiedzieli o planach inwazji w Normandii. Wszyscy mieli dostęp do informacji o najwyższym statusie tajności BIGOT. Ten kryptonim, używany w służbach brytyjskich oraz amerykańskich do dziś, miał dwa rozwinięcia. Pierwsze, jako czytany od tyłu skrót "to Gib", oznaczający wysyłanie wyjątkowo poufnych dokumentów przez placówkę wywiadu na Gibraltarze. Drugie, jako akronim od "British Invasion of German Occupied Territory" (Brytyjska inwazja na tereny okupowane przez Niemców).
Pojmanie przez Niemców osób posiadających wiedzę o planowanym desancie mogło pokrzyżować alianckie plany. Dlatego Eisenhower nakazał wstrzymanie przygotowań do inwazji do czasu odnalezienia oficerów. Żywych lub martwych. Głównodowodzący siłami alianckimi do tego stopnia był zdeterminowany, że gotów był nawet odwołać desant, gdyby się okazało, że Niemcy poznali szczegóły przygotowań. Okazało się jednak, że wszyscy zaginieni zginęli w wodach zatoki Lyme.
Jednak zdaniem prof. Bennetta już sam fakt zdemaskowania ćwiczeń w zatoce Lyme mógł być dla Niemców wskazówką, gdzie alianci planują atak. - Kriegsmarine spodziewała się desantu w Normandii, problemem dla niej było przekonanie do tych podejrzeń dowódców marynarki i, co najważniejsze, Adolfa Hitlera, który upierał się, że uderzenie nastąpi w Pas-de-Calais, gdzie Kanał Angielski jest najwęższy - uważa historyk.
Cisza na cztery dekady
Choć ćwiczenia "Tiger" zakończyły się klęską, udało się ją utrzymać w tajemnicy przez 40 lat. Nie pisała o nich prasa, nie było o nich wzmianki w podręcznikach historii. - Żołnierze i marynarze, którym rozkazano w 1944 r. zachować milczenie, zastosowali się do tego rozkazu również po wojnie. A z czasem wiedza o tragedii zaczęła się zacierać w ludzkiej pamięci - mówi prof. Bennett.
Mieszkańcy Slapton oraz okolicznych miejscowości po wojnie wrócili do domów, naprawili budynki podziurawione kulami i nie pytali, co działo się w tej okolicy pod ich nieobecność. Pytania zaczął zadawać dopiero kilkadziesiąt lat po wojnie Ken Small, policjant, który na emeryturze zajął się prowadzeniem pensjonatu niedaleko Slapton.
Kupił wykrywacz metalu i zaczął powoli odkrywać historię, wyciągając z kamienistej plaży stare naboje, łuski, guziki od mundurów i odłamki pocisków. Pewnego dnia zgłosił się do niego rybak, który pokazał mu ukryty pod wodą duży obiekt. Small wynajął dźwig i wydobył spod wody amerykański czołg sherman, prawdopodobnie strącony z barki w czasie bratobójczego ostrzału artyleryjskiego. Dopiero to znalezisko zwróciło uwagę mediów na tragiczny desant w Slapton. Do Smalla zaczęli się zgłaszać świadkowie i dawni żołnierze. W 1984 r. odnowiony czołg stanął niedaleko plaży.
Ken Small zmarł w 2004 r., ale jego działania przyniosły pożądany efekt. Już trzecią dekadę celujący lufą w morze sherman przypomina o 946 ofiarach ćwiczeń "Tiger".
Pociski z dział okrętowych spadły na plażę pełną żołnierzy US Army. Załogi barek zaczęły wzywać przez radio do przerwania ognia. Zanim artylerzyści zorientowali się, że wstrzeliwują się we własne oddziały, zginęło prawie 300 osób
@RY1@i02/2014/076/i02.2014.076.000002200.803.jpg@RY2@
CORBIS/FOTOCHANNELS
Podczas lądowania na plaży Utah zginęło ok. 20o amerykańskich żołnierzy. Ofiar w trakcie alianckich ćwiczeń "Tiger" było pięć razy więcej
Mariusz Nowik
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu