Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

Sztuka stworzona przez informatyków

28 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 3 minuty

Zdecydowanie najmniej przyjemną częścią mojego hobby polegającego na testowaniu samochodów jest tankowanie. Do wizyty na stacji nie jest w stanie zmusić mnie nawet świecąca się kontrolka rezerwy paliwa. Ani komputer pokładowy twierdzący, że na tym, co zostało mi w baku, przejadę najwyżej sto metrów. Wiem, że w rzeczywistości w zbiorniku jest jeszcze tyle oktanów, że w poniedziałek po południu dowiozą mnie z pracy do oddalonego o 37 km domu. A także następnego dnia rano z domu do pracy. I niewykluczone, że powtórzę ten wyczyn również w środę.

Nienawidzę stacji benzynowych i ich unikam, bo tankowanie nigdy nie trwa tyle, ile powinno. Dawniej paliwo do baku z węża lało się w tempie 200 l na sekundę, ale jakiś brukselski urzędas nakazał ograniczenie "prędkości paliwa" do trzech kropel na kwadrans. A czekając, aż bak będzie pełny, nie możecie nawet zapalić papierosa. Stacje wymyśliły co prawda zabawę, która pomaga zabić nudę w tym czasie: możecie skorzystać ze stojącego przy dystrybutorze wiadra z wodą i szczotki, ale zawsze kończy się to tak samo - rozmazanym robactwem i na szybie, i na ubraniu. Może być gorzej? Może, bo pozostaje jeszcze kwestia płatności. W przeszłości odliczoną sumę wręczało się przy dystrybutorze panu wyglądającemu i pachnącemu jakby wykąpał się szybie naftowym. Dzisiaj trzeba udać się do budynku, w którym znajduje się sklep, przy którym Tesco wygląda jak stragan z warzywami. Tam na pewno natkniecie się na wycieczkę, która zamówiła 35 hot-dogów. Będzie też człowiek, który przez pięć minut będzie podejmował decyzję, czy kupić wódkę w rozmiarze 0,5, czy 0,7. Oraz przemiła pani, która zgubiła numer NIP swojej firmy, ale chce fakturę, więc czeka na połączenie z księgową, prosząc jednocześnie o pasztetową, dwie kajzerki, chipsy i hot-doga. W efekcie przez tankowanie stracicie pół dnia. Gdziekolwiek jedziecie, będziecie już mocno spóźnieni. Przyda się wam więc naprawdę szybki samochód. Na przykład infiniti Q50 hybrid AWD.

Jeżeli czytujecie tę rubrykę, to być może zauważyliście, że mam uczulenie na trzy rzeczy: większość SUV-ów, ekologię oraz samochodową elektronikę. Tak się składa, że Q50 hybrid łapie się na dwie ostatnie kategorie - ma napęd benzynowo-elektryczny, a zaprojektowane zostało przez informatyków. Na desce rozdzielczej ma dwa dotykowe ekrany, ale w dzisiejszych czasach możecie to uznać za normalne. Tak? No to posłuchajcie: gdy zainstalujecie w smartfonie specjalną aplikację, a następnie podłączycie go w samochodzie, wszystkie urządzenia (radio, klimatyzacja, fotele, ustawienia techniczne auta etc.) dopasują się do zaprogramowanych wcześniej preferencji. Tu nawet kierownica połączona jest z kołami za pomocą kabli i procesorów - możecie zdecydować, jak ciężko ma się obracać, a nawet ustawić szybkość reakcji układu. A jeszcze nie doszliśmy do systemów bezpieczeństwa. Gdy zdejmiecie nogę z gazu, Q50 samo zahamuje przed jadącym przed wami autem. A gdy za bardzo zbliżycie się do niego z nogą na gazie, poczujecie, jak jakaś dziwna siła wypycha pedał do góry. Jest też podobno jakieś ustrojstwo pomagające w pokonywaniu zakrętów. A to wszystko możecie sobie ustawiać. Mnie zabrało to cały wtorek i pół środy. Po rozpracowaniu Q50 byłem spóźniony bardziej niż po wizycie na stacji.

Ruszyłem... Jakiż to samochód! Pal licho, że hybryda. Istotniejsze jest, że ma ponad 360 koni i do setki dobija w 5 sekund. A robi to płynnie i spokojnie. Nic nie wyje, nie szarpie - spontanicznie i elegancko nabiera prędkości. Do tego jego układ kierowniczy oparty na procesorach jest genialny, a zawieszenie - fenomenalne. W nim akurat nie ma kabli i komputerów, tylko sprawdzone mechaniczne rozwiązania. Żadnego utwardzania, trybów sport etc., a mimo to wyjątkowo pewnie trzyma nadwozie w ryzach podczas szybkiej jazdy. Pozostaje przy tym komfortowe i nie boi się dziur. Wszystko to sprowadza się do jednego: jazda infiniti daje frajdę. Ogromną. Szczególnie że wszystkie te nadgorliwe, przejmujące kontrolę nad autem systemy bezpieczeństwa można wyłączyć.

Oczywiście nie jest tak, że Q50 nie ma wad. Jego zegary Japończycy wymontowali z jakiejś zabawki nabytej na odpuście w Licheniu. Nie przekonały mnie też wystrój jego wnętrza i część materiałów wykończeniowych. Nie zmienia to faktu, że jest jednym z niewielu samochodów, w którym elektronika pomaga, a nie przeszkadza. I we wszystkomającej wersji kosztuje 230 tys. zł. I bajecznie wygląda.

@RY1@i02/2014/041/i02.2014.041.000001500.803.jpg@RY2@

Infiniti Q50 hybrid AWD

@RY1@i02/2014/041/i02.2014.041.000001500.804.jpg@RY2@

Łukasz Bąk zastępca kierownika działu życie gospodarcze kraj

Łukasz Bąk

zastępca kierownika działu życie gospodarcze kraj

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.