Wyrok śmierci na kapitalizm
Znowu książka dla ludzi o mocnych nerwach. Więc jeśli myślicie, że ten kryzys już za moment się skończy i wyszumi, to jesteście w błędzie. Bo ten kryzys jest bez końca.
Książka o takim dokładnie tytule wyszła właśnie spod pióra Johna Bellamy’ego Fostera i Roberta McChesneya. Nie są to postacie w amerykańskim obiegu intelektualnym anonimowe. Foster jest profesorem socjologii i ekonomii politycznej z Uniwersytetu w Oregonie. A przede wszystkim długoletnim redaktorem naczelnym "Monthly Review", czyli wychodzącego od 1949 r. periodyku o otwarcie socjalistycznym profilu. Co w Ameryce, gdzie na sam dźwięk słowa "socjalizm" słychać odgłos przeładowywanej broni palnej, samo w sobie jest już sporym osiągnięciem. Jeszcze bardziej znanym autorem tego tandemu jest Robert McChesney. Ekonomista z Uniwersytetu Illinois i jeden z najbardziej zagorzałych krytyków komercjalizacji amerykańskich mediów. Pokazujący w swoich kolejnych książkach, że "im bogatsze media, tym słabsza demokracja". Również niestroniący w swoim pisarstwie od radykalnych ocen McChesney dorobić się zdążył wielu zaprzysięgłych wrogów. Dość powiedzieć, że już kilka lat temu konserwatywny publicysta David Horowitz umieścił go na swojej liście "101 najniebezpieczniejszych akademików Ameryki".
Tym razem Foster i McChesney zjednoczyli siły, by wyjaśnić, że straszący nas od 2008 r. kryzys to nie jest wypadek przy pracy, po którym produkcja, zatrudnienie oraz wzrost gospodarczy odbiją się od dna i znowu nastąpi radosny czas prosperity. Tu - zdaniem autorów - o niczym takim nie może być mowy. Bo obecny kryzys to po prostu kolejny nieuchronny etap morderczej logiki rozwoju współczesnego kapitalizmu. Brzmi to groźnie, ale w zasadzie jest dość proste. Bo jak się popatrzy na rozwój kapitalizmu w ostatnich 200 latach, to widać wyraźnie, że prócz wielu sympatycznych cech, ma on też wiele przywar. I to paskudnych.
Jedną z najgorszych jest to, że żelazna logika kapitalizmu pcha uczestniczące w niej podmioty do tego, by przez cały czas dążyły do akumulacji kapitału. Według zasady "albo maszerujesz, albo giniesz". Bo wyobraźmy sobie małą sympatyczną firemkę. Dzięki dobrym pomysłom albo pracowitości udaje jej się wypracować pierwsze zyski. Ale jej rozwój nie uchodzi oczywiście uwagi branżowych gigantów. Którzy podejmują próbę wyeliminowania jej z gry. Albo drogą przejęcia, albo otwartej wojny. Aby przetrwać, firma ma w zasadzie dwie drogi. Musi dopasować swoje koszty do poziomu wyśrubowanego przez wielkie korporacje (zazwyczaj odbywa się to drogą obniżania kosztów pracy). Albo sama stać się monopolistą lub przynajmniej członkiem oligopolu dyktującym wysokie ceny zbytu swoich towarów. Ale w tym momencie przestaje być sympatyczną firemką, a staje się bezwzględną grubą rybą, która w niczym nie różni się od reszty rynkowych drapieżników.
To dopiero początek. Bo mordercza konkurencja kosztowa prowadzi prostą drogą do zbrodni na popycie. W pewnym momencie okazuje się bowiem, że kapitał zgromadzony został w rękach zaledwie małej grupki właścicieli. Zbyt małej i zbyt sytej, by zapewnić dalszy zbyt towarów i usług produkowanych przez ich własne firmy. Zaczyna się buksowanie na jałowym biegu. Tzw. realna gospodarka pogrąża się w stagnacji. Rozwija się natomiast w szybkim tempie świat finansów. Bo kapitał musi gdzieś przecież znaleźć swoje ujście. Puchną więc bańki spekulacyjne na rynku nieruchomości albo instrumentów pochodnych. A one jeszcze pogarszają całą sytuację. Tak w skrócie - według Fostera i McChesneya - wygląda historia zachodniego kapitalizmu w ostatnich kilkudziesięciu latach.
Żeby nie było wątpliwości. Foster i McChesney to nie są jakieś tanie Kasandry. Są do bólu logiczni i konsekwentni. Ale przy tym dość przytłaczający. Bo o wewnętrznych sprzecznościach kapitalizmu można pisać na dwa sposoby. Albo po keynesowsku. Czyli z nutką optymizmu, że jednak ten system jakoś tam da się ulepszać. Albo w duchu Karola Marksa. A więc trochę jak wyrok śmierci (na kapitalizm oczywiście), od którego nie ma już odwołania (pytanie tylko kiedy nastąpi egzekucja). Foster i McChesney zdecydowanie mieszczą się w tym drugim nurcie. Uczciwość intelektualna nakazuje rzecz jasna zmierzyć się z ich argumentami. Z drugiej jednak strony ich pesymizm budzi naturalny odruch buntu. I ucieczki do świata, gdzie jest trochę więcej świeżego powietrza.
@RY1@i02/2014/041/i02.2014.041.00000320a.802.jpg@RY2@
John Bellamy Foster, Robert W. McChesney, "Kryzys bez końca", Wydawnictwo Książka i Prasa, Warszawa 2014
Rafał Woś
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu