Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

W wolnej chwili

Ten tekst przeczytasz w 10 minut

Jordan Asher przyłożył rękę do kilku głośnych albumów ostatnich lat. Pracował przy drugiej płycie Run the Jewels, z Beyoncé przy jej "Beyoncé" oraz z FKA Twigs. Teraz twórca piosenek, producent, raper, instrumentalista znany pod pseudonimem Boots postanowił pokazać swoje możliwości na własnej płycie. "Aquaria" to mieszanka klimatów kojarzących się z artystami, z którymi pracował Asher. Są tu RnB, hip-hop, eksperymentalny pop, mrok, elektronika. W towarzystwie zaproszonych m.in. El-P z Run the Jewels i pochodzącej z Kalifornii Angel Deradoorian przygotował 11 numerów, które wymykają się jednoznacznej klasyfikacji. "I Run Roulette" przypomina mroczne electro spod znaku IAMX, "Gallows" brzmi jak zabawa samplami z płyt FKA Twigs, "C.U.R.E." jest wariacją na temat zakręconego hip-hopu, a "Only" to ballada w stylu retro z pianinem. Czasami klimat zmienia się w trakcie jednego numeru. "Dead Come Running" to atak rapem, z industrialnym mrokiem i balladowym fragmentem z wysokim wokalem jednocześnie. Niełatwo wejść w ten krążek, ale po przebiciu się przez pierwszą ścianę dźwięku da dużo radości.

Wojciech Przylipiak

@RY1@i02/2015/231/i02.2015.231.19600080b.806.jpg@RY2@

Nowa płyta Electric Light Orchestra, a w zasadzie projektu współzałożyciela zespołu i dziś głównego twórcy Jeff Lynnes ELO to zestaw poprockowych piosenek przykuwających uwagę ciepłymi melodiami i retro sznytem. Lynne sam napisał piosenki, sam je nagrał i wyprodukował. Autor w wywiadach przyznaje, że na "Alone in the Universe" powraca do swoich korzeni, do dźwięków sprzed lat, oddając przy okazji hołd The Beatles, Royowi Orbisonowi i brytyjskiej grupie z lat 60. z Liverpoolu Gerry and the Pacemakers. Beatlesowska melodyka, solówki na gitarze, trochę bluesa, instrumentów klawiszowych. A na deser dwie bonusowe piosenki: "Fault Line" w klimacie lekkiego country i nudnawe "Blue" z zabawą gitarami. Na "Alone in the Universe" Lynne niczym nie zaskakuje. Ot, przyzwoity materiał spod ręki założyciela zespołu, który sprzedał ponad 50 milionów płyt. Fani ELO z siwymi włosami i zakolami nie powinni być zawiedzeni. Bardzo możliwe, że w przyszłym roku usłyszymy ten album na żywo w Polsce. Sam Jeff przekonuje, że chciałby zaprezentować go polskim fanom.

Wojciech Przylipiak

@RY1@i02/2015/231/i02.2015.231.19600080b.807.jpg@RY2@

Niespełna miesiąc po zakończeniu konkursu chopinowskiego, kiedy opadł już kurz rywalizacji, warto przeżyć to jeszcze raz. Jest okazja: w błyskawicznym tempie na rynku ukazała się płyta tegorocznego zwycięzcy Seong-jin Cho. Płyta, która zawiera większość występów Koreańczyka na konkursowych przesłuchaniach, jest koronnym dowodem na słuszność wyboru jury. Kiedy posłuchać artysty z mniej rozgrzanym emocjami umysłem, jeszcze dobitniej objawia się jego prawdziwa klasa. Umiejętności Seong-jin Cho są imponujące. Zwłaszcza zdolność konstrukcyjnego myślenia o utworze, a w przypadku preludiów - o cyklu. Cho gra jak architekt, który przemyślał budowaną przez siebie całość - od ram kompozycyjnych po ozdoby na ścianach. Nie znaczy to, że jego interpretacje są sztuczne - przeciwnie, w odbiorze poszczególnych utworów dominuje wrażenie zawierzenia muzyce. Cho ani nie ściga się z tempami, ani nie epatuje skokami dramatycznymi. Wszystko brzmi naturalnie. Ma przy tym umiejętność różnicowania barwy (jak w całym op. 28). To pianistyka oszczędna, ale w żadnym razie nienudna. Bardzo wysokiej próby.

Maciej Weryński

@RY1@i02/2015/231/i02.2015.231.19600080b.808.jpg@RY2@

Można by sądzić, że ludzie z DC Comics, podejmując się zadania skrzyknięcia grupy stanowiącej przeciwwagę dla oryginalnej Ligi Sprawiedliwości, tej z Batmanem i Supermanem, wykażą się godną ich pozycji kreatywnością. Ale nie. Dlatego mamy dwie Ligi. Niestety, pierwszy tom pozwala sądzić, że za kulisami będą one przechrzczone na "tę ciekawą" i "tę byle jaką". Scenarzysta Geoff Jones tym razem napisał historyjkę błahą i o skali mniejszej niż w pisanych równolegle przygodach pierwszej Ligi, która ratuje świat jeszcze przed śniadaniem. Złośliwi mogliby rzec, że Amerykańska Liga Sprawiedliwości, powołana, aby nie tylko prać tych złych, lecz także pilnować dobrych, skupia drugoligowe postaci uniwersum DC, co nie oznacza jednak, że mniej interesujące. Akt otwierający, mający na celu przybliżenie czytelnikowi, z kim ma do czynienia, trzyma poziom, ale późniejsze zmagania z Tajnym Stowarzyszeniem są niechlujnie i pośpieszne. Nie ratują sytuacji dodane dwie historyjki bonusowe.

Bartosz Czartoryski

@RY1@i02/2015/231/i02.2015.231.19600080b.809.jpg@RY2@

Tytułowe magiczne pióro to istny ekwiwalent zaczarowanego ołówka z naszej kreskówki, ale proszę sobie wyobrazić, że zamiast grzecznego chłopaka z osiedla dopada go sfrustrowany komiksiarz borykający się z trudami mozolnej pracy twórczej. "Sam Zabel i magiczne pióro" Dylana Horrocksa to autotematyczne - i to na paru poziomach, także biograficznym - dzieło opowiadające chociażby o odpowiedzialności twórcy za stworzone światy, którą ten powinien na siebie wziąć nie tylko ze względu na oferowane doświadczenie czytelnicze, lecz także aby być fair wobec swojego dzieła. Niby prosta metafora, a jakże efektowna. "Sam Zabel i magiczne pióro" staje się bowiem także opowieścią przygodową, kiedy jego bohater wraz z towarzyszami skacze z komiksu do komiksu, odkrywając tajemnice pióra. Horrocks poza treścią oczywistą przemyca także tropy intertekstualne, opowiadające o samym procesie tworzenia nie gorzej niż słynne "Zrozumieć komiks" Scotta McClouda, choć owija je w fabularne sreberko.

Bartosz Czartoryski

@RY1@i02/2015/231/i02.2015.231.19600080b.810.jpg@RY2@

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.