Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

Siła złudzenia

30 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 8 minut

Rewelacyjnymi "Tragediami rzymskimi" zdobył teatralny Mount Everest. Tym razem na wrocławskim Dialogu Ivo van Hove pokazał rzeczy bardziej intymne, czerpiąc esencję ze słynnych filmów Ingmara Bergmana. Jedyne w swoim rodzaju to doświadczenie

Jeszcze kilka lat temu o Ivo van Hove nie wiedzieliśmy literalnie nic. Toneelgroep Amsterdam kojarzył nam się co najwyżej z wybitnym "Wujaszkiem Wanią" Luka Percevala pokazanym na wrocławskim festiwalu Dialog. Nadszedł rok 2009, gdy najpierw na toruńskim Kontakcie pojawił się wyreżyserowany przez van Hove "Głos człowieczy" według Jeana Cocteau. Wielkie okno, za nim bohaterka w nieustającej telefonicznej rozmowie z mężczyzną, który niedawno ją porzucił. Szyba niczym czwarta ściana, odgradzająca scenę od widzów, izolująca od wszystkiego, co nie jest teatrem. Nie pamiętam, czy "Głos człowieczy" zgarnął wtedy jakąś nagrodę - jeśli tak, to na pewno niezbyt znaczącą. Jestem natomiast pewien, że nie zdawaliśmy sobie wtedy sprawy, co oglądamy. Kilka miesięcy później nadszedł kolejny Dialog i prezentacja "Tragedii rzymskich". Wtedy już docierało do nas, że patrzymy na teatr, który wyprzedził swój czas. Wciąż mam przed oczami rozwiązania Iva van Hovego z tamtego olśniewającego widowiska, twarze fenomenalnych aktorów zatrzymane w filmowym kadrze. Widziałem potem wiele inscenizacji, także wybitnych. O żadnej z nich nie mógłbym jednak powiedzieć, że jest teatrem totalnym.

Przypomnijmy: Ivo van Hove zestawiał w swoim monumentalnym widowisku "Koriolana", "Juliusza Cezara" oraz "Antoniusza i Kleopatrę". Akcja spektaklu transmitowana była jednocześnie na wielki ekran ponad sceną oraz kilkanaście umieszczonych na niej monitorów. Widzowie mogli śledzić ją właśnie dzięki nim, chodząc po scenie, wkraczając między aktorów, choć byli dla nich przezroczyści. Mogli też poczytać gazety, odpowiedzieć na e-maile, coś przegryźć, wypić drinka. Teatr zniósł swoje granice, by potem w końcówce sześciogodzinnego maratonu brutalnie je przywrócić. Tragedie Szekspira zaś okazały się materiałem jak breaking news w CNN, a jednocześnie rozprawą o cynizmie i bezduszności polityki. W "Tragediach rzymskich" przyjrzeliśmy się z bliska fantastycznym holenderskim aktorom i od tej pory wiemy, że z van Hove współpracują najlepsi. Znam spore grono widzów, co od tamtego seansu mają go za punkt odniesienia. Trudno jednak sprostać narodzonej jednego wieczoru legendzie. Każdy kolejny spektakl artysty porównywany jest z zobaczonym wpierw arcydziełem. Stąd może skala oczekiwań wobec van Hove i stąd możliwość rozczarowania. Tam, gdzie dla szefa Toneelgroep zaczyna się punktacja, inni częstokroć osiągają szczyt. Może dlatego bez echa przeszli oparci na "Płatonowie" Czechowa "Rosjanie", pokazywani na Dialogu przed czterema laty. I ja to przedstawienie szybko zapomniałem.

Ivo van Hove reżyseruje bardzo dużo. Prosto z Wrocławia pojechał do Nowego Jorku na ostatnie próby musicalu "Lazarus" napisanego przez Endę Walsha ("Trainspotting") i Davida Bowiego z Michaelem C. Hallem, serialowym Dexterem, w roli głównej. W roli Antygony obsadził niedawno Juliette Binoche, jego przedstawieniami zachwycała się Cate Blanchett. U siebie w Amsterdamie wystawia Szekspira, ONeilla, Kushnera, Moliera, Gorkiego, Goldoniego, Schillera. W ostatnich latach szczególnie chętnie sięga po scenariusze filmowe, jakby chciał sprawdzić siłę teatru skonfrontowanego z kinem. Stąd sceniczne wersje dzieł Cassavettesa, Pasoliniego, Viscontiego, Antonioniego. Stąd Bergman, do którego regularnie powraca. We Wrocławiu zobaczyliśmy właśnie ten - niewielki - wycinek jego teatru. Wiemy więc o van Hove więcej, ale wciąż niedużo. Próbując zrozumieć, jak tłumaczy na język swych widowisk kino szwedzkiego klasyka, o krok zbliżamy się do jego tajemnicy.

Przeczuwam, iż idzie mu o to, by dotknąć esencji. W "Szeptach i krzykach" szpitalne łóżko umierającej Agnes (wybitna rola Chris Nietvelt) otoczone jest lampami, monitorami, kamera rzuca obraz twarzy kobiety na ekran, byśmy z bliska widzieli każdy grymas bólu. Patrzymy więc z najbliższej odległości na jej agonię, aby nie mieć przed nią ucieczki. Wokół bohaterki kręcą się jej siostry, ale żadna nie umie ulżyć w cierpieniu. Pomaga jedynie obecność pielęgniarki Anny (Maria Kraakman). Kilka razy bierze Agnes w ramiona, pozwala jej zwiesić głowę przez swoje ramię. Umęczenie na moment ustępuje, teatralny kadr zastyga w bezruchu. Pozornie z niczego buduje van Hove obraz nowej piety.

Śmierć Agnes, w spektaklu Toneelgroep trudniącej się sztukami wizualnymi, przybiera formę ostatecznego aktu artystycznej ekspresji. Wybrzmiewa mocno, a potem następuje rytuał pożegnania rodziny z umarłą już kobietą. Obmywanie ciała, ubieranie go. Ivo van Hove zapewne celowo buduje widowisko w tej części beznamiętne, płacąc za to moim na przykład niewielkim zaangażowaniem w tę opowieść. "Szepty i krzyki" przywodzą na myśl "O twarzy" Romea Castelluciego, gdzie powolna agonia zniedołężniałego bohatera miała odwzorowywać mękę Chrystusa. Są oczywiście lepsze i bardziej szlachetne, gdyż tamto przedstawienie wynikło z cynicznej, jak sądzę, kalkulacji. Jednak pierwsze spotkanie z van Hove na tegorocznym Dialogu mogło pozostawić niedosyt.

Program wrocławskiego festiwalu zaprojektowano jednak tak, by Bergman według Ivo van Hove stał się jego klamrą. Na koniec zobaczyliśmy zatem wieczór zbudowany z adaptacji dwóch krótkich scenariuszy autora "Siódmej pieczęci" - "Po próbie" i "Persony". Pierwszy przenosi nas za kulisy teatru. Oto starzejący się reżyser Henrik Vogler (Gus Scholter van Aschat) przygotowuje "Grę snów" Strindberga. Rolę Córki Indry ma zagrać młoda aktorka Anna (Gaite Jansen), którą zna od dzieciństwa, gdyż często bywał w domu jej ojca. Teraz dziewczyna przychodzi do pokoju Voglera i rozpoczyna się gra w uwodzenie, przerwana wtargnięciem Rachel (Marieke Heebink), rozpaczającej nad zmierzchem swej kariery gwiazdy byłej kochanki Henrika.

W "Po próbie" Ivo van Hove myli tropy. Rozgrywa całą tę psychodramę w przestrzeni konwencjonalnego teatru, jakby chciał uśpić naszą czujność. Całą uwagę poświęca znakomitym aktorom, na wiele sposobów cieniującym sylwetki swoich postaci. Mamy na scenie grę zmiennych nastrojów, przechodzimy od tonacji psychologicznego dramatu do nieokiełznanej komedii. Najważniejsze jednak, że van Hove wycofuje się za kulisy sceny, by swoim krótkim widowiskiem próbować opowiedzieć o samej naturze teatru, który bywa życiem. O dwoistości przyjmowanych przez aktorów i przez nas ról, o dominacji i podległości oraz o cenie za uprawianie sztuki. Wielkość przedstawienia polega na lekkości, z jaką potraktowane zostają owe tematy. Tymczasem "Po próbie" daje się czytać jako mały manifest van Hove, a także jako preludium do oglądanej po przerwie "Persony".

Pamiętamy to z filmu Bergmana - rzecz jest o wielkiej aktorce Elisabeth Vogler, która grając Elektrę, nagle zamilkła i nie odzywała się potem, z niedocieczonych przyczyn, przez wiele dni. W seansie trupy z Amsterdamu Elisabeth (znów Marieke Heebink) widzimy najpierw nagą, jakby uwięzioną w naznaczonym liniami żył ciele. Nienaturalnie wygięta wydaje się całą sobą bronić przed światem. Co przeżyła i cały czas ma w sobie? Spotkanie z pielęgniarką Almą (znów Gaite Jansen) otwiera ją powoli, daje powód do bliskości. Z czasem obie kobiety łączy zależność mowy i milczenia, nietrudno się domyślić, że jak u Strindberga w "Silniejszej" przewagę ma ta niewydająca z siebie głosu. Zaczynają odczuwać nawet coś na kształt nieskonsumowanego erotycznego przyciągania. Wszystko to Ivo van Hove i jego wspaniałe aktorki pokazują niemal bez słów, jedynie urywanymi w pół gestami, czasem trwającym ułamek sekundy dotykiem. Końcem jest jednak zespolenie dwóch postaci. U Bergmana twarze Liv Ullmann i Bibi Andersson stapiały się w jedną. Ivo van Hove nie dysponuje filmowymi instrumentami, a jednak efekt jest równie piorunujący.

"Personę" z Toneelgroep mam za arcydzieło przede wszystkim jednak dlatego, że mikrodramat urasta tu do rangi najwyższej. Gdy Elizabeth i Alma trafiają do domku nad jeziorem, ściany szpitalnego pokoju - pokoju reżysera z "Po próbie" - lecą w dół. Widzimy wielką wodę, otaczającą platformę sceny. Obraz zapiera dech. A jeszcze bardziej ten za chwilę, gdy na bohaterki spadnie rzęsisty deszcz. Aktorki przyjmują go całymi sobą, tańczą w nim, śmieją się, zrzucając ubrania. Jest w tej długiej, niemej sekwencji cała niewinność kilku chwil w życiu i siła scenicznego złudzenia.

Gdybym miał jednym słowem określić "Personę" Ivo van Hove, powiedziałbym, że to skończenie piękne przedstawienie. Cóż z tego, że to określenie prawie już wyszło z użycia.

@RY1@i02/2015/212/i02.2015.212.19600030c.803.jpg@RY2@

MATERIAŁY PRASOWE MFTD

Scena ze spektaklu "Persona"

@RY1@i02/2015/212/i02.2015.212.19600030c.804.jpg@RY2@

PAP/ITAR-TASS

Program festiwalu Dialog zaprojektowano tak, by Bergman według Ivo van Hove stał się jego klamrą. Zobaczyliśmy teatralne adaptacje "Szeptów i krzyków", "Po próbie" oraz "Persony"

Jacek Wakar

 Polskie Radio

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.