Słońce jest bogiem
"Mr. Turner", filmowa biografia jaednego z najwybitniejszych malarzy w historii angielskiej sztuki, ukazał się wreszcie na DVD
Skrzydła wiatraka poruszane wiatrem, śnieżnobiałe czepki mleczarek, palona sjena zachodzącego słońca. I tylko szkicujący tę scenę korpulentny artysta zdaje się jakby nie na miejscu, nie przynależy do sielskiego obrazka. Ale choć JMW Turner istotnie nie jest jego częścią, tak właśnie widzi świat wokół, zdaje się mówić Mike Leigh. Brytyjski reżyser, do tej pory przypatrujący się raczej tamtejszej klasie robotniczej, nie mitologizuje bynajmniej i tak już dostatecznie zmitologizowanego arcymistrza angielskiego romantyzmu, lecz uzmysławia całkowicie nieromantyczny mozół jego pracy. Turner zostawił po sobie grubo ponad dwadzieścia parę tysięcy płócien, co zresztą daje wyobrażenie o skali dokonań i zacięciu malarza, zwolennika teorii portretu krajobrazu, traktującej pejzaż jako samodzielny, pełnoprawny temat dzieła.
Leigh nie pokazuje swojego bohatera jako natchnionego artysty pędzla, który każde pociągnięcie uwzniośla zapadającym w pamięć bon motem, ale zamyka go w pracowni, gdzie spędza ciągnące się godziny. Świadom merkantylnego aspektu pracy malarskiej, Turner, syn balwierza, podchodził do pracy z zapałem rzemieślnika, co nie ujmuje mu geniuszu. Pochwały znawców - ciekawie odmalowany jest John Ruskin, gigant osiemnastowiecznej krytyki sztuki, którego Leigh przedstawił cokolwiek szczególnie - i przyjaciół zawsze były mu drogie, całkowicie zdawał sobie sprawę ze swojej pozycji i pielęgnował ją. Równocześnie uchodził za sknerę, a wielu nazywało go człowiekiem niehonorowym, który wyparł się dwóch córek. Połączony romansem z wdową, u której boku znajdował spokój, chętnie korzystał z podległości swojej gospodyni. Niezmiennie jednak oddany był swojej pracy.
Timothy Spall, brytyjski aktor o wyjątkowo plastycznej twarzy i wyrazistych oczach, gra prawdopodobnie jedną z najlepszych ról w karierze. Jest ciągle obecny na tle obserwowanego przez siebie świata, rzadko opuszcza jego ramy. Inni aktorzy wydają się więźniami obrazu, niekiedy grają niczym na teatralnej scenie. Ale taka cena za malarskie kadry, które chwyta kamera Pope’a, okazuje się warta zapłacenia.
Ponad siedemdziesięcioletni reżyser opisuje jesień życia Turnera, jego ostatnie ćwierćwiecze, chwyta chwilę, która zainspirowała słynną "Ostatnią drogę Temeraire’a", pokazuje artystę cierpiącego po śmierci ukochanego ojca, przywołuje popularne anegdoty z jego życia, ale i nie szczędzi mu goryczy. Słowem: kompiluje pełny portret człowieka z charakterystycznym dla siebie humanizmem. Mimo że brytyjska krytyka uznała "Mr. Turnera" za szczytowe osiągnięcie Mike’a Leigh, film nie zdobył ani jednego Oscara, ani żadnej z nagród BAFTA, co przyjęto ze zdziwieniem. Leigh udała się jednak sztuka ważniejsza: postawił autora na równi z dziełem.
"Słońce jest bogiem", powiedział Turner na łożu śmierci. Piękne ostatnie słowa.
@RY1@i02/2015/142/i02.2015.142.19600020b.803.jpg@RY2@
MAT. PRAS.
@RY1@i02/2015/142/i02.2015.142.19600020b.804.jpg@RY2@
Bartosz Czartoryski
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu