Z kotem w głowie
"Drażliwe tematy" pokazują zarówno mocne strony, jak i słabości prozy Neila Gaimana. A mimo wszystko to lektura obowiązkowa nie tylko dla wielbicieli brytyjskiego pisarza
Tolkien, C.S. Lewis, Lewis Carroll, Rudyard Kipling, Ursula K. Le Guin. Podobną listą lektur może się pochwalić bodaj każdy zainteresowany fantastyką nastolatek. Ale chyba tylko raz na sto lat rodzi się ktoś taki jak Neil Gaiman, przypadek szczególny, pożeracz książek i nałogowy czytelnik zdawałoby się nieprzystający do pędzącej galopem epoki cyfrowej, choć przecież niemal codziennie poświęca chwilę, żeby skrobnąć coś na Twitterze czy Facebooku. Ten młody duchem pięćdziesięciokilkulatek, personifikacja fascynacji popkulturą, niezmordowanie pisze tyle, ile sam czytał. Bo tak jak niegdysiejsi podróżnicy przez Śródziemie pozapominali już o udeptanych traktach, którymi dawniej chętnie przemierzali krainy wyobraźni, on pamięta. I teraz stawia kierunkowskazy, rysuje nowe mapy i kreśli ścieżki zarówno dla tych, którzy dopiero swój marsz przez fantastykę zaczynają, jak i docierających już do horyzontu.
Neil Gaiman to pisarz o niezwykłej skali, sprawdzający się bodaj najlepiej w prozie przeznaczonej dla niesprecyzowanego odbiorcy w każdym wieku, łączącej wydumaną makabrę z urokiem dziecięcej opowieści na dobranoc. Jak mało komu, powiodła mu się niebywała sztuka znalezienia mitycznego złotego środka, a jego "Koralinę", "Księgę cmentarną" czy "Gwiezdny pył" okrzyknięto, nie bez słuszności, nowoczesnymi klasykami. Zresztą Gaiman sprawdzał się chyba na każdym polu literackiego rzemiosła, pisał komiksy, powieści, opowiadania, scenariusze filmowe, eksperymentował i zbierał nagrody, których pewnie sam nie potrafiłby się doliczyć. I chyba nie będzie przesadą powiedzieć, że Brytyjczyk jest swoistym ambasadorem dzisiejszej fantastyki, istnym chłopcem z plakatu, twarzą niejednorodnej przecież literatury spekulatywnej, pisarzem poruszającym się gdzieś na skrzyżowaniu paru dróg prozy gatunkowej.
Można jednak polemizować, czy wydany niedawno u nas zbiór opowiadań Gaimana "Drażliwe tematy" jest dlań reprezentatywny. Z pewnością jego bałaganiarska formuła jest intrygująca, oferuje bowiem możliwość zajrzenia wprost do niepoukładanego umysłu brytyjskiego autora, gdzie harcują kolejne strofy na poły grafomańskiej poezji, szkice nigdy nienapisanych historii o Sherlocku Holmesie i innych popkulturowych bohaterach, kawałki nabazgrane za parę groszy na zlecenie i miniaturowe dzieła sztuki prozatorskiej. "Drażliwe tematy" eksponują mocne strony Gaimana - niepoprawnego fantasty, istnego Piotrusia Pana literatury o niesamowitych pomysłach, na jakie inni pisarze nie wpadliby nawet, gdyby dumali nad kartką papieru i całe tysiąclecia; ale obnażają też jego słabostki, rzadko warsztatowe, częściej koncepcyjne. I pewnie nie do końca intencjonalnie egzemplifikują problem, na który cierpi zaskakująca część prozy Gaimana; nierzadko składa on płomienne obietnice, ale nie zawsze potrafi się z nich wywiązać. Trudno powiedzieć, czy kompilując "Drażliwe tematy", zupełnie bezkrytycznie podszedł do swojej twórczości, czy raczej świadomie się odsłonił. Prawda, nie ma zbioru opowiadań z samymi hitami, ale tutaj upchnął zarówno kawałki napisane ewidentnie jako mniej lub bardziej prestiżowe chałtury, jak i utwory faktycznie płynące prosto z serca.
Ale i ten zmienny poziom opowiadań da się przekuć na atut zbioru, gdyż "Drażliwe tematy" można odczytać jako tom będący jednocześnie portretem artysty. Po przeczytaniu tych kilkuset stron faktycznie da się powiedzieć, że Neil Gaiman jest jakby trochę bliżej czytelnika niż te kilka dni temu, że nie ma tam fałszywej nuty, że nawet najsłabszy utwór mówi coś o nim jako o człowieku i artyście, że wiemy już, co roi mu się w głowie. Jak każdy zastanawia się, co pan Holmes porabiał na emeryturze, pisze dla przyjaciół i tych, którzy ukształtowali go jako pisarza, zachwyca się doktorem Who i wpada z wizytą do Cienia z "Amerykańskich bogów". Jego opowiadaniom nadają kształt osoby, miejsca i zdarzenia, co tłumaczy w obszernym wstępie. Kiedyś włoski reżyser horrorów Lucio Fulci nakręcił przewrotny, na poły autobiograficzny i autotematyczny film "Kot w mózgu". I chyba nic nie odda lepiej specyfiki opisywanego zbioru, jak właśnie ten zapomniany już tytuł. Gaimanowy kot bynajmniej nie śpi, a biega i skacze po zastawionych książkami regałach.
@RY1@i02/2015/117/i02.2015.117.19600050b.803.jpg@RY2@
BLOOMBERG
@RY1@i02/2015/117/i02.2015.117.19600050b.804.jpg@RY2@
Bartosz Czartoryski
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu