Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

W wolnej chwili

Ten tekst przeczytasz w 7 minut

Kilka miesięcy temu "Gotowe na wszystko" świętowały swoje 10. urodziny. Serial - zgodnie z polskim tytułem - okazał się gotowy i na ten okrągły jubileusz. Wracając do poszczególnych epizodów z życia przyjaciółek, wciąż ulega się magii Wisteria Lane, kultowego już osiedla, na którym słowo "codzienność" nabrało nowego znaczenia. Nieprzypadkowo ktoś określił niegdyś serial stacji ABC mianem "Klanu" na podkręconych obrotach. Faktycznie, gdyby frasunki rodziny Lubiczów przyprawić nutą surrealizmu i garścią humoru, a także zdjąć zeń cenzurę obyczajową, otrzymalibyśmy rzeczywistość "Gotowych...". W realiach domków na przedmieściach można się przejrzeć jak w krzywym zwierciadle: tu każdy trzyma swoje trupy w szafie, a żeby tajemnica nie wyszła na jaw, gra swoją rolę przed otoczeniem. To wciągający serial o hipokryzji i udawaniu. O tym, że szczerzy nie potrafimy być sami przed sobą, a co dopiero przed innymi. "Gotowe na wszystko" okazują się aktualne w każdym z kilkudziesięciu krajów, do których zostały sprzedane.

@RY1@i02/2015/060/i02.2015.060.196000800.806.jpg@RY2@

Artur Zaborski

Choć David Ayer nie kryje swojej fascynacji etosem pięknej braterskiej walki, nie ulega pokusie nadmiernej estetyzacji wojennego spektaklu. "Furia" to film efektowny, lecz także turpistyczny, dopełniony krwią i błotem. Amerykańscy żołnierze zamknięci w czołgu z napisem "Furia" wymalowanym na lufie prą na Berlin, popychani przez czyste poczucie obowiązku. Ale to rycerze nie w lśniących, a przybrudzonych zbrojach, których konwencje genewskie obchodzą tylko dopóty, dopóki nie nadarzy się okazja strzelić naziście w tył głowy. Ayer nie ucieka od portretowania moralnych dylematów, lecz nie zapomina przy tym o spektakularności scen batalistycznych - dość powiedzieć, że pociski, którymi plują opancerzone pojazdy, pozostawiają po sobie kolorowe smugi niczym w "Gwiezdnych wojnach". Zaś zrealizowana z rozmachem finałowa strzelanina, kiedy załoga czołgu dowodzonego przez Brada Pitta staje naprzeciw niemieckiego batalionu, to widowisko godne ostatnich scen "Dzikiej bandy" Sama Peckinpaha.

@RY1@i02/2015/060/i02.2015.060.196000800.807.jpg@RY2@

Bartosz Czartoryski

Udział doborowej obsady składa obietnicę, lecz, niestety, bez pokrycia. Luźna adaptacja opowiadania Edgara Allana Poego oparta jest bowiem na fabularnej wolcie opracowanej po linii najmniejszego oporu. Co nie znaczy od razu, że "Obłąkani" nie potrafią zaintrygować. Początek jest na tyle interesujący, że widz zwiedzający wraz z młodym lekarzem zaczynającym staż w położonym na peryferiach szpitalu psychiatrycznym kolejne sale starego budynku faktycznie zaczyna się zastanawiać, kto tu naprawdę jest wariatem - leczeni czy leczący. Ale reżyser Brad Anderson nie potrafi skorzystać z komicznego potencjału leżącego w tej przewrotnej historii, podporządkowując wszystko owemu twistowi. Pytanie, komu i czy uda się uciec z mrocznego miejsca nie jest wystarczające, aby pociągnąć intrygę. Bo choć film trwa dwie godziny, zdaje się, że cały drugi akt to jedynie pretekst dla przygotowanej na finał magicznej sztuczki, swoistego kolorowego fajerwerku. Dlatego po połowie film nuży, a Anderson nie bardzo wie, jak wypełnić czas ekranowy.

@RY1@i02/2015/060/i02.2015.060.196000800.808.jpg@RY2@

Bartosz Czartoryski

Historia o 47 roninach, którzy szukając zemsty za splamiony honor swojego pana, zmuszonego do popełnienia seppuku na skutek intrygi skorumpowanego urzędnika, dokonują brawurowego ataku na pilnie strzeżoną posiadłość winowajcy, zna bodaj każde japońskie dziecko. Zresztą historia ta przeniknęła i do popkultury zachodniej, stając się kanwą dla niezliczonych jej wytworów. Pięknie wydany komiks, zatytułowany po prostu "47 roninów", niejako łączy japońską powściągliwość formy i amerykański dynamizm narracji. Rozpoznawalna na pierwszy rzut oka kreska twórcy słynnej serii "Usagi Yojimbo", Stana Sakai, tylko z pozoru nie przystaje do tonu i treści komiksu napisanego przez Mikea Richardsona z dbałością o historyczny detal. Ale to ów kontrast między leciutkimi jak piórko rysunkami a ciężarem tematycznym traktującej o dumie, honorze, lojalności i poświęceniu opowieści przydaje komiksowi atrakcyjności.

Kino i literatura przerabiały tę historię wielokrotnie, ale warto przywołać ją raz jeszcze.

@RY1@i02/2015/060/i02.2015.060.196000800.809.jpg@RY2@

Bartosz Czartoryski

A co by było, gdyby śmierć o nas zapomniała? Doktor Henry Morgan (Ioan Gruffudd) od 200 lat żyje na tej ziemi, niezmiennie zachowując wygląd atrakcyjnego faceta w sile wieku. Nie, nie jest wampirem. Nie trzyma też w ukryciu cudownego portretu, który starzeje się za niego. Po prostu nic nie jest w stanie go unicestwić. Za każdym razem, gdy umiera, chwilę później odradza się w dawnej postaci. Zawsze w wodzie i... nago. Sprawa dość krępująca, ale czym jest chwila skrępowania wobec wizji nieśmiertelności. Morgan o śmierci wie wszystko. Nie tylko dlatego, że doświadczył jej wiele razy, ale i z racji zawodu. Pracuje jako nowojorski koroner sądowy i jest w swoim fachu mistrzem. Wyjątkowy zmysł dedukcji i stuletnie doświadczenie pozwalają mu bezbłędnie rozwiązywać najtrudniejsze zagadki kryminalne. Każda z nich daje mu szansę dowiedzieć się więcej o samym sobie. Razem z Morganem próbujemy rozwikłać tajemnicę jego nieśmiertelności.

@RY1@i02/2015/060/i02.2015.060.196000800.810.jpg@RY2@

AXN

MW

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.