Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

W wolnej chwili

Komeda, Kurylewicz, Trzaskowski - tym trzem mistrzom polskiego jazzu hołd na płycie "Moi pierwsi mistrzowie" oddał niemal 80-letni popularyzator naszej sceny, kompozytor, saksofonista Jan Ptaszyn Wróblewski. W znakomitym towarzystwie (m.in. Henryka Miśkiewicza) podczas zeszłorocznych koncertów w Koszalinie i Kaliszu wykonał kompozycje, z których zasłynęła trójka wspomnianych jazzmanów. Są tu "Ten Plus Eight" Kurylewicza, "Better Luck Next Time" Trzaskowskiego czy niezapomniana "Kołysanka" Komedy. Z całą trójką Ptaszyn Wróblewski miał okazję pracować. Z Komedą tworzył przez wiele lat sekstet. W latach 60. grał w kwintecie Andrzeja Kurylewicza, a w różnych okresach kariery kolaborował z Andrzejem Trzaskowskim. Jak twierdzi sam Wróblewski, od pierwszego z nich odebrał lekcję fantazji, od drugiego jak kombinować w jazzie granym w stylu amerykańskim, a od trzeciego poszanowania dla teorii. Oczywiście wszystkich kompozycji z "Moi pierwsi mistrzowie" warto słuchać w oryginalne, ale wersje Ptaszyna też wzbogacą płytotekę fana gatunku.

@RY1@i02/2015/010/i02.2015.010.19600080a.806.jpg@RY2@

Wojciech Przylipiak

Na brytyjskiej scenie 66-letni dziś Peter Hammill zabłysnął już pod koniec lat 60. Założył wtedy progresywną rockową formację Van der Graaf Generator. W następnej dekadzie rozpoczął karierę solową. Ta trwa do dzisiaj. Ostatnim jej aktem jest płyta "...All That Might Have Been...". Ukazała się w trzech wersjach, na pojedynczym CD, winylu i w zestawie trzech CD. Podstawowy album składa się z 21 kompozycji, choć to określenie niespecjalnie pasuje do tych muzycznych fragmentów. To jakby szkice przechodzące z jednego w kolejny. Głównie słychać gitary i syntezatory oraz głos Hammilla, często brzmiący tak, jakby był narratorem jakiejś niespecjalnie wesołej opowieści. To dziwna, nietypowa płyta, jakby jedna muzyczna opowieść, którą trzeba połknąć naraz. Nie każdy da radę, bo to nie są popowe, przyjemne melodie. Ale Hammill wydaje swoje muzyczne wariacje we własnej wytwórni Fie! Records, nie musi się więc oglądać na trendy. I dobrze na tym wychodzi. Sprawcie sobie 50 minut wolnego czasu i zanurzcie się w "...All That Might Have Been...". To nie będzie stracony czas.

@RY1@i02/2015/010/i02.2015.010.19600080a.807.jpg@RY2@

Wojciech Przylipiak

Już sam tytuł albumu przekreśla szanse Dawida. Mężczyzna umrze. Ma raka krtani, jego stan pogarsza się mimo intensywnej terapii. I choć dzieło Judith Vanistendael to rzecz o chorobie Dawida, on sam jest postacią z drugiego planu. Z punktu widzenia fabuły ważniejsze są otaczające go kobiety: żona i dwie córki, dorosła i ośmioletnia. Reprezentują różne pokolenia, każda inaczej odbiera i interpretuje wieści o nieuchronnej śmierci ukochanego człowieka, na swój sposób stara się przygotować na coś, na co przygotować się nie da. Uciekają w sztukę, rozmowę, milczenie, dziecięce bajania o nieśmiertelności. Czują złość, strach przed nadchodzącą odpowiedzialnością, jaka na nich spada. Autorka "Kiedy Dawid stracił głos" prowadzi narrację z wyczuciem należnym podjętemu tematowi, ale bez sentymentalizmu, komponuje poszczególne strony tak, aby współgrały ze stanem emocjonalnym postaci, pozwalając sobie na wiele, a jednocześnie stroniąc od graficznej ekstrawagancji.

@RY1@i02/2015/010/i02.2015.010.19600080a.808.jpg@RY2@

Bartosz Czartoryski

"American Horror Story" to najlepsza rzecz, jaka od lat przydarzyła się grozie jako gatunkowi rozrywki. Wyprodukowany przez Ryana Murphyego i Brada Falchuka serial przewyższa klasą większość kinowych horrorów. Nie tylko dlatego, że trzynaście odcinków pozwala rozbudować opowieść i nasycić ją szczegółami. Twórcy "AHS" po prostu doskonale poznali rządzące gatunkiem reguły i potrafią z tej wiedzy korzystać, a każda odsłona serialu to kapitalna wariacja na znane tematy. Akcja drugiego sezonu - opatrzonego podtytułem "Asylum" i moim zdaniem najlepszego z dotychczasowych - rozgrywa się w zakładzie dla obłąkanych, ale autorom udało się wepchnąć do fabuły znacznie więcej. Mamy tu i uprowadzenie przez UFO, i seryjnego zabójcę, i nazistowskiego zbrodniarza ukrywającego się w Ameryce, i demoniczne opętanie... Ta żonglerka kliszami jest jednak przeprowadzona wzorowo, z wirtuozerską sprawnością. "American Horror Story" jest gatunkowym pastiszem, ale choć bywa bardzo zabawny, nawet na chwilę nie przestaje przecież straszyć.

@RY1@i02/2015/010/i02.2015.010.19600080a.809.jpg@RY2@

Jakub Demiańczuk

Oto świat przyszłości: jest rok 2035, a ludzkość dziesiątkuje nieznany wirus. Ocalała jedynie garstka, ale ci, którzy przetrwali, zmuszeni są żyć pod ziemią podporządkowani twardemu reżimowi. W tych ponurych okolicznościach więzień James Cole zyskuje szansę na skrócenie kary. Jego zadaniem jest cofnąć się w czasie do roku 1996, by natrafić na źródło epidemii. Tyle że przez pomyłkę cofa się do roku 1990, by znaleźć się w szpitalu psychiatrycznym. "12 małp" (1995) z udziałem Brucea Willisa, Madeleine Stowe i nominowanego do Oscara Brada Pitta to jeden z najgłośniejszych filmów Terryego Gilliama. 20 lat po premierze kultowy thriller doczekał się remakeu w formie serialu. Tu także będziemy śledzić losy podróżnika w czasie (Aaron Stanfort), próbującego ocalić ludzkość przed zabójczą plagą. Za scenariusz odpowiadają Travis Fickett i Terry Matalas. Gilliam nie brał udziału w pracach nad serialem.

@RY1@i02/2015/010/i02.2015.010.19600080a.810.jpg@RY2@

Malwina Wapińska

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.