Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

Cena sukcesu

26 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 4 minuty

Każda nuta jest jak cios, każdy dźwięk boli niczym kopniak, utwór to runda, koncert urasta do rangi bezpardonowej bitwy na ringu. Z tym, że nie ma przeciwnego narożnika. Muzyk musi się zmierzyć z samym sobą. Podobne analogie można mnożyć. Wydaje się, że reżyser Damien Chazelle myśli o jazzie jak o masochistycznej przyjemności. Zaakcentowana przez niego fizyczność grania zbliża serię uderzeń w werbel do sportu siłowego, niekończących się powtórzeń ze sztangą. Do perfekcji prowadzi nie tyle talent, ile konsekwencja i upór.

Kontrowersyjna wykładnia sugerująca, że geniuszu można się wyuczyć, odziera doświadczanie muzyki z romantyzmu, ale jest konieczna dla uzyskania pożądanego efektu dramatycznego. Chazelle jest manipulatorem wytrawnym - przekręca nawet krążącą w jazzowych kręgach anegdotkę o nastoletnim Charliem Parkerze, aby pasowała mu do koncepcji - a przy tym bezpretensjonalnym. Łączy lekkość opowiadania z ciężarem towarzyszących seansowi emocji. A przecież na pierwszy rzut oka może się zdawać, że próbuje zajeździć na śmierć powtarzalne motywy, bo ogrywa stary temat wyboistej relacji pomiędzy uczniem a mentorem. Przełamanie utartej konwencji następuje, kiedy mistrz okazuje się prawdziwym sukinsynem.

Chazelle opowiada bowiem nie tyle o samej muzyce, ile o charakterach, a te są rozedrgane, chaotyczne, impulsywne. Dotyczy to zarówno 19-letniego Andrew Neymana, jazzowego perkusisty uczęszczającego do prestiżowego konserwatorium muzycznego, jak i niesławnego dyrygenta Terencea Fletchera, który od lat szuka swojego Buddyego Richa. Zżerany przez ambicję chłopak chce prześcignąć największych, nauczyciel żywi pogardę dla tych, którym choćby na sekundę przestaje się chcieć. Tylko na samym początku "Whiplash" przypomina kolejny film o drodze do sukcesu, może czasami błotnistej, ale prowadzącej o celu. Szybko jednak się okazuje, że Chazelle kazał swojemu bohaterowi jechać serpentyną na skraju przepaści.

Fletcher to złośliwy, zniecierpliwiony, acz szalenie charyzmatyczny sadysta, istny oprawca z koncertowej sali, ale Neyman zdaje sobie sprawę, że tylko z nim u boku może sięgnąć po to, co, jak uważa, mu się należy z racji przelanej - dosłownie! - przy perkusji krwi. To również film o paktowaniu z diabłem, bo pytanie, czy impulsywny dyrygent posiada jakąkolwiek ludzką stronę, otwarte jest aż do ostatniego kadru, jego kręcąca się w kąciku oka łza oraz łagodny, pełen wyrozumiałości uśmiech są jedynie na pokaz. Myli i knuje, skłonny zaryzykować siebie, aby pognębić przeciwnika.

J.K. Simmons i Miles Teller mają za sobą muzyczne doświadczenia. Ten pierwszy śpiewał niegdyś na deskach Broadwayu, a drugi, prywatnie saksofonista i perkusista, odgrywał przed kamerą swoje partie. I o ile dobiegający trzydziestki Teller już poprzednio został namaszczony na nadzieję amerykańskiego kina, tak przeszło dwukrotnie starszy Simmons odgrywa u Chazellea rolę życia, jest magnetyzujący i odpychający zarazem, niczym zły brat pana Miyagiego. Nic dziwnego, że "Whiplash" do oscarowego wyścigu startuje z pole position.

@RY1@i02/2015/001/i02.2015.001.19600020b.802.jpg@RY2@

PARAMOUNT PICTURES

Perfekcja do bólu: uczeń (Miles Teller) i mistrz (J.K. Simmons)

Bartosz Czartoryski

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.