Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

Siódmego dnia Bóg stworzył hyundaia

26 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 5 minut

Hyundai Genesis

Po opublikowaniu w numerze świątecznym listy "Chcę go mieć" dostałem burę od żony. Zarzuciła mi, że wśród ośmiu samochodów, które opisałem, nie ma ani jednego, który chciałaby mieć ona. A ponadto wszystkie (no, może poza fiestą ST) kosztują krocie. Innymi słowy, nie wyróżniłem żadnego normalnego auta. Próbowałem argumentować, że przecież nie było tam ani ferrari, ani bentleya, ale na niewiele się to zdało. - Nie pleć bzdur. To tak jakbyś poszedł do Caritasu z roleksem na nadgarstku i bronił się, mówiąc: "Ale przecież nie jest wysadzany diamentami" - skwitowała.

Jako że rolex jest według mnie najgorszą z możliwych form zakomunikowania otoczeniu: "Spójrz, mam małego, nie ma gustu, ale jestem lepszy od ciebie", to poczułem się dotknięty. Do tego stopnia, że z okazji Nowego Roku postanowiłem opisać w tym miejscu jakiś "samochód dla ludu". Rzecz jasna w pierwszej kolejności - ze względu na nazwę - pomyślałem o volkswagenie, ale jego samochody zarówno pod względem jakości, jak i cen przypominają już audi. Później do głowy przyszedł mi opel, ale obecnie oferta nowych aut tej marki na naszym rynku ogranicza się do insigni, insigni i jeszcze insigni. No to może skoda? Niestety, ta się chyba na mnie obraziła po tym, jak napisałem, że octavia RS jest rewelacyjna, ale mógłby ją kupić tylko idiota. Nie odbierają telefonów, nie piszą, nie kochają. A dacia? Cóż, reprezentujący ją Grzegorz powiedział mi wprost: "Sorry, ale nie będę ryzykował". Są jeszcze auta francuskie, ale większością z nich już jeździłem i je opisywałem. I zrobiły na mnie naprawdę bardzo pozytywne wrażenie. No, może poza peugeotem 2008, który nawet stojąc na parkingu, sprawiał wrażenie, że zaraz się przewróci.

W ten oto sposób na placu boju pozostał hyundai, czyli samochód dla ludzi, którym do odmierzania sekund, minut i godzin wystarczy casio albo swatch. "Doskonale!" - wykrzyknąłem. W końcu ta marka jest dzisiaj tym, czym volkswagen był 20 lat temu - prawdziwym samochodem dla ludu: niedrogim, praktycznym, stosunkowo prostym, ale i porządnym. Zadzwoniłem zatem do pani o zupełnie niekoreańskiej (Bogu dzięki) urodzie i niekoreańskim imieniu Katarzyna z prośbą o udostępnienie czegoś na kilka dni. Nie wybrzydzałem, sądząc, że uraczy mnie modelem, który najlepiej się sprzedaje albo ma najwięcej litery "i" w nazwie. W ten oto sposób miałem zyskać możliwość przedstawienia wam jakiegoś normalnego auta. A zatem, panie i panowie, oto hyundai genesis. Za 299 tys. zł. To nie pomyłka, spomiędzy dziewiątek nie wypadł przecinek. Po prostu w hyundaiu nie mieli w tym czasie nic tańszego...

W pierwszej chwili pomyślałem, że hyundaia za trzy stówy może kupić tylko ktoś, kto właśnie uciekł z zakładu dla psychicznie chorych i obrabował bank. Ale zanim jeszcze wyjechałem genesisem z parkingu, wiedziałem, że wart jest każdego z 29 900 000 wydanych na niego groszy. Gdyby ktoś wydłubał znaczki z maski, klapy bagażnika i z kierownicy, pomyślałbym, że prowadzę lexusa. I tym razem nie przesadzam ani trochę. Komfort podróżowania, jaki gwarantuje ten samochód, porównać mogę wyłącznie z lexusem LS, a ten - podobnie wyposażony - jest droższy o około 200 tys. zł. W hyundaiu dostajecie nie tylko ogromne, wspaniale wykończone, ociekające luksusem wnętrze (nawet tylna kanapa jest sterowana elektrycznie), ale także ośmiobiegową automatyczną skrzynię, zaawansowane systemy bezpieczeństwa, napęd na cztery koła, zdumiewająco elegancką sylwetkę, bardzo dobry sprzęt audio oraz wolnossące V6 generujące 314 koni mechanicznych. Skutek tego wszystkiego jest taki, że możecie przekroczyć 200 km/h, a odnosicie wrażenie, że stoicie w miejscu.

Zdaję sobie sprawę, że bez względu na to, co i jak napiszę o tym aucie, większość z was i tak postuka się jednoznacznie w czoło i powie: "Jak kogoś stać, żeby wydać 300 tys., to dorzuci jeszcze 100 tys. i kupi coś niemieckiego, jakiejś porządnej marki". Problem w tym, że kupi sobie rzucającego się w oczy roleksa. Tymczasem jest grupa osób, które nie lubią chodzić po ulicy z rozpiętym rozporkiem i otwartym na oścież portfelem. Wolą pozostawać anonimowi i zachowywać skromne oblicze, ale jednocześnie cenią sobie luksus i komfort. Na nadgarstku noszą casio, choć mogliby wykupić połowę szwajcarskich manufaktur. Genesis jest właśnie dla nich. To samochód, który - poza pewnymi drobnymi mankamentami (jak np. odpustowe niebieskie podświetlenie deski rozdzielczej) - jest doskonały. I nawet wiem, jak Koreańczycy mogliby go reklamować. Nawiązując do biblijnej Księgi Rodzaju (Genesis), mogą twierdzić, że siódmego dnia Bóg wcale nie odpoczywał, tylko budował genesisa.

@RY1@i02/2015/001/i02.2015.001.000001800.803.jpg@RY2@

Hyundai Genesis

@RY1@i02/2015/001/i02.2015.001.000001800.804.jpg@RY2@

Łukasz Bąk szef sekretariatu redakcji

Łukasz Bąk szef

sekretariatu redakcji

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.