Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

Pochwała kobiecości

28 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 5 minut

KOMIKS Kiedy ma się do czynienia z kimś takim jak Fellini, nie warto igrać z jego kreatywnością, bo można od niego nauczyć się czegoś bezcennego - mówi Milo Manara, jeden z najwybitniejszych twórców europejskiego komiksu

@RY1@i02/2016/252/i02.2016.252.19600070a.801.jpg@RY2@

fot. Fernando Alvarado/EFE/Forum

Żyjemy w erze wysokobudżetowych ekranizacji amerykańskich komiksów o superbohaterach. Czy ta moda ma wpływ na pracę artystów europejskich?

Z mojego punktu widzenia może ona przynieść jedynie korzyści, bo nie ma chyba dla komiksu lepszej reklamy niż kino. To właśnie dzięki filmom trafia on niemal dosłownie wszędzie, te superbohaterskie produkcje są jak pełnometrażowe spoty inicjujące zainteresowanie komiksami. Niegdyś to my inspirowaliśmy się filmami, dzisiaj jest na odwrót. Nastąpiła więc zasadnicza zmiana. Ale z drugiej strony nie sądzę, żeby przełożyło się to na jakiś renesans popularności twórców europejskich.

Czyli komiks amerykański i europejski to dwa różne, niezbiegające się ze sobą światy?

Komiks to przede wszystkim styl narracji i choć różnice są oczywiście obecne, nie kreśliłbym granicy pomiędzy Ameryką a resztą świata, nie tak ona przebiega. Nie chodzi nawet o mainstream i rzeczy niszowe, bo ten medal nie ma tylko dwóch stron, lecz całe multum, jak literatura. Gdy komiks stał się, że tak powiem, półdorosły, dokonał się wówczas zróżnicowany podział stylów narracji, których wspólnym, szerokim mianownikiem było opowiadanie poprzez operowanie obrazami.

Pracował pan przy komiksach z ludźmi kina, żeby wymienić tylko Federica Felliniego czy Alejandra Jodorowskyego. Łatwo było pogodzić nie zawsze, jak się domyślam, spójne wizje?

Fellini miał niebagatelny wpływ na moją twórczość, jeszcze zanim zaczęliśmy razem pracować, bo od dawna uważnie śledziłem jego filmy. Ale jest znacząca różnica pomiędzy tym, co sam robię w komiksie, a tym, co robię z filmowcami, bo wtedy pomagam jedynie tkać ich wizję, jestem ręką, którą oni prowadzą. Mówiąc prosto, realizuję ich pomysły. W pewien sposób wycofuję kreatywność. Moim celem jest satysfakcja autora scenariusza, a zadaniem odtworzenie jego słów i wywołanie konkretnego uczucia, doświadczenia, jakie chciałby uzyskać, widząc wizualizację tego, co napisał. Przy Fellinim istotne były pewne kwestie techniczne. Zrobiłem dla niego dwie historie. Jedna była w klasycznym stylu komiksowym, czarno-biała. Ale jako że filmowcy przyzwyczajeni są do gry światła i cienia, bo dla nich to ruch wydobywa cały dramatyzm, również musiałem się dostosować i w tej drugiej historii zastosowałem już bardziej skomplikowane cieniowanie. To Fellini mnie nakierował, pokazał, jakie są możliwości wykorzystania pewnych technik. Jak już się tego nauczyłem, to o tym nie zapomniałem, co przydało mi się chociażby przy "Caravaggiu". Praca z kimkolwiek to często wymiana obustronna, ale kiedy ma się do czynienia z kimś takim jak Fellini, należy się wycofać, nie igrać z jego kreatywnością, bo można nauczyć się czegoś bezcennego.

Z uwagi na erotyczny charakter pańskich prac przylgnęły do pana łatki niekoniecznie pochlebne, nazywano już pana mizoginem i zboczeńcem. Jak pan się do tych etykiet odnosi?

Moje rysunki to pochwała kobiecego piękna, wyrażają admirację ciała, nie ma tam ani grama mizoginii. Prędzej nazwałbym się maniakiem seksualnym! Już tak mnie zresztą określano, ale kto nim nie jest? Powiem panu, że na spotkaniach o podpisy proszą mnie zazwyczaj panie, a nie panowie. Sam wychowałem się w rodzinie, w której kobiety odgrywały ważniejszą rolę, więcej zarabiały, były poważane i we mnie ten szacunek pozostał. Lecz nie będę ukrywał, że lubię piękne ciała. Dzisiaj to niepopularna opinia, mało kto mówi głośno, że docenia seksualność i sensualność. Kobiety we Włoszech oburzają się na komplementy. Jest to spora przesada. Branża komiksowa stała się przewrażliwiona i wycina bardzo dobre, fajne rzeczy. Nie możemy się z nich wycofywać.

Ano właśnie, na pana również spadły gromy za kontrowersyjną okładkę "Spider-Woman".

Cała Ameryka to jedna wielka hipokryzja. Nie napije się pan alkoholu na ulicy, ale jak pan włoży butelkę do papierowej torby, to jest okej, bo nie widać etykietki. Tak samo nie można pokazywać materiałów erotycznych, lecz jeśli zrobimy z nich dzieło sztuki, to już zupełnie co innego. Amerykanie są niby bardzo purytańscy. Przypomnijmy sobie jednak Billa Clintona albo rzeczy wygadywane przez Donalda Trumpa i okazuje się, że jednak tak wcale nie jest. Dlatego robienie afer w odniesieniu do komiksu popularnego to granda, bo, jak już kiedyś powiedziałem, superbohaterowie, a zwłaszcza superbohaterki, tak naprawdę są zupełnie nadzy, tylko pomalowani.

@RY1@i02/2016/252/i02.2016.252.19600070a.802.jpg@RY2@

fot. Egmont

Rozmawiał Bartosz Czartoryski

Wywiad przeprowadzony podczas Międzynarodowego Festiwalu Komiksu i Gier w Łodzi.

@RY1@i02/2016/252/i02.2016.252.19600070a.803.jpg@RY2@

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.