Siedemdziesiąt naboi
KOMIKS Lucky Luke kończy 70 lat. Lecz wciąż ręka mu nie drgnie, kiedy pojedynkuje się z własnym cieniem
Oto najsłynniejszy kowboj świata: samotny jeździec, powoli oddalający się ku zachodzącemu słońcu na ostatnim kadrze komiksu. Lucky Luke od siedmiu dekad jest elementem światowej popkultury i choć jego najważniejsi twórcy - rysownik Morris oraz scenarzysta René Goscinny - już nie żyją, komiksowy kowboj nie kończy kariery. Co prawda opublikowany w krajach francuskojęzycznych urodzinowy album nosi złowrogi tytuł "Człowiek, który zastrzelił Lucky Luke’a", ale to wydawnictwo zwodnicze. Po pierwsze to komiks nienależący do głównej serii, a po drugie jest próbą ukazania bardziej poważnego oblicza rewolwerowca. Regularne zeszyty popularnego cyklu będą się ukazywać nadal, wciąż rysowane przez artystę o pseudonimie Achdé, współpracującego z rozmaitymi scenarzystami.
Lucky Luke zadebiutował 7 grudnia 1946 roku i aż do 1955 roku jego przygody były dziełem jednego człowieka. Bohatera stworzył belgijski rysownik i scenarzysta Maurice De Bevere, lepiej znany jako Morris. Wykreowana przez niego postać kształtowała się przez lata: dzisiaj Luke już nikogo nie zastrzeli, prędzej wybije rewolwer z dłoni, a nieodłącznego papierosa z czasem zastąpiło źdźbło trawy. Ale prawdziwie złota era serii nadeszła wraz z René Goscinnym, młodym scenarzystą, który wkrótce miał okazać się jednym z najwybitniejszych twórców europejskiego komiksu. Goscinny zaczął pracować nad "Lucky Lukiem" w 1955 roku, by szybko do swojego portfolio dołożyć kolejne tytuły, z "Asterixem" na czele.
Fabuły wymyślane przez potomka polskich imigrantów bardzo często były zakorzenione w prawdzie historycznej i utrwaliły wizerunek Lucky Luke’a jako samotnego, prawego rewolwerowca przemierzającego prerie Dzikiego Zachodu i niosącego pomoc tym, którzy jej potrzebowali. Na swojej drodze kowboj spotykał postaci ze szkolnych podręczników, m.in. Jessego Jamesa czy Calamity Jane, chronił dyliżanse Wells Fargo i galopował z jeźdźcami Pony Express, zawsze w towarzystwie bystrego konia Jolly Jumpera. Niekiedy na kartach komiksów pojawiał się głupiutki i mający tendencje do pakowania się w kłopoty pies Bzik, a jak bumerang wracają wiecznie uciekający z więzienia bracia Daltonowie. Rdzeń tych opowieści - nietworzących swoją drogą chronologicznej ani fabularnie spójnej całości - nigdy się nie zmienił. Po śmierci Goscinny’ego w 1977 roku serię przejęli inni scenarzyści, po odejściu Morrisa w 2001 roku za ołówek chwycił Achdé.
Aż chciałoby się napisać, że Lucky Luke wraca do Polski, lecz prawdę mówiąc, nigdy nie zniknął. Wydawnictwo Egmont przez ostatnie lata publikowało regularnie tomy zbiorcze, kompilujące po trzy zeszyty, choć w mniejszym formacie. Teraz zapowiada kompletną edycję historii o Luke’u, wznawiając w nowych tłumaczeniach wydane wcześniej albumy i obiecując poszerzyć bibliotekę o pozostałe, jeszcze nieznane u nas odcinki. Do tej pory wydane tytuły - ze znakomitymi "Dyliżansem" i "Żółtodziobem" na czele - udowadniają scenopisarską wyższość Goscinny’ego nad pozostałymi autorami, jego dowcip pozostaje niezmiennie cięty, a przygody kowboja o gołębim sercu rozpisane są bezbłędnie i zaludnione ciekawymi, zapadającymi w pamięć postaciami drugiego planu. Co nie znaczy, że pozostali autorzy nie znają się na swojej robocie. Przeciwnie: owa różnorodność spojrzenia jest mocnym atutem serii pozwalającym śledzić dynamiczne zmiany i ewolucję cyklu o Lucky Luke’u.
Odświeżona seria komiksowa nie jest jedynym comebackiem rewolwerowca, bo stacja TV Puls rozpoczęła w listopadzie emisję ośmioodcinkowego serialu aktorskiego będącego przedłużeniem filmu pełnometrażowego z 1991 roku. Oba projekty, ochrzczone po prostu "Lucky Luke", zostały nakręcone z potrzeby serca przez popularnego włoskiego gwiazdora Terence’a Hilla. Potem charakterystyczny biały kapelusz zakładali jeszcze Till Schweiger (2004) oraz Jean Dujardin (2009). Animacji było o wiele więcej, począwszy od tych z lat 70., przy których pracował jeszcze sam Goscinny, kończąc na ostatniej jak do tej pory kreskówkowej inkarnacji z 2007 roku, filmu "Lucky Luke na Dzikim Zachodzie". Co prawda były jeszcze później spin-offy, jak niedawni "Daltonowie" skupiający się na nierozgarniętych rabusiach oraz opowiadający o Bziku "Rintindumb". Zresztą zakręcony pies był również bohaterem serii komiksowej i doczekał się kilkunastu albumów, kiedy, z różnym skutkiem, próbowano poszerzyć uniwersum Luke’a. O wiele gorzej przyjęto za to nieudany, korzystający z popularności "Małego Sprytka" cykl "Kid Lucky" opowiadający o pacholęcych czasach przyszłego kowboja. I choć szybko zaprzestano jego publikacji, próbowano go jeszcze ożywiać i to całkiem niedawno.
Ale Lucky Luke nie potrzebuje kolejnych udziwnionych wariacji, bo Dziki Zachód to konwencja na tyle pojemna, że sympatyczny kowboj znajdzie jeszcze niejeden cień do przestrzelenia na wylot.
@RY1@i02/2016/228/i02.2016.228.19600060a.801.jpg@RY2@
fot. Egmont
Plansza z albumu "Dyliżans"
Bartosz Czartoryski
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu