Opowieści o latających osłach
O POWINNOŚCIACH PISARZA "Pamiętam, że mój dziadek, kiedy ktoś w wiosce mówił do niego w jidysz, udawał, że nie słyszy, co się do niego mówi, choć wszystko doskonale rozumiał. Reagował tylko na hebrajski" - mówi Meir Shalev, wybitny izraelski prozaik
Czekamy w Polsce na publikację pańskiej powieści "Dwie niedźwiedzice". Tymczasem ukazało się wznowienie "Rosyjskiego romansu". To pański debiut literacki, z którym na pewno wiąże pan wiele wspomnień...
Opublikowałem "Rosyjski romans" w Izraelu w 1988 r. Miałem wtedy 40 lat, był to więc dość późny wiek na debiut. Ale powieść szybko okazała się wielkim sukcesem w kraju, potem została przetłumaczona na wiele języków. Ta książka ma wiele wspólnego z historią mojej rodziny, która żyła w bardzo podobnej wiosce do tej opisanej w powieści.
Dzięki tej książce stał się pan kimś w rodzaju celebryty.
Odniosłem sukces i zyskałem popularność jako prowadzący popularny talk-show w Izraelu. Ale w pewnym momencie telewizja mnie zmęczyła. Poczułem, że nie robię tego, co powinienem i chciałbym robić. Pomyślałem o napisaniu powieści i w naturalny sposób sięgnąłem do wielkiej skarbnicy, jaką były opowieści moich bliskich. Pochodzę z rodziny z ciekawą historią. Rozgrywało się w niej wiele dramatów, a wśród moich krewnych było wielu świetnych opowiadaczy.
Były też tradycje literackie...
Mój ojciec był pisarzem i poetą, dlatego literatura i czytanie zawsze były mi bliskie. Jako dziecko czytałem bardzo dużo. Pewnie dlatego spróbowanie sił w pisarstwie wydawało mi się czymś niemal oczywistym. Dałem sobie rok na zdecydowanie, czy jestem w stanie napisać książkę. A po roku miałem już coś, co było zalążkiem powieści. Im więcej pisałem, tym silniejsze nosiłem przekonanie, że to, co piszę, może być dobre, i że chciałbym to wydać.
Pańska rodzina przybyła do Palestyny jeszcze na długo przed zawieruchami pierwszej i drugiej wojny światowej. Dzięki temu uniknęła w Europie najgorszego...
To był sam początek XX wieku. Rodzice mojej mamy przybyli z Ukrainy. Z kolei ojciec mojego taty pochodził z Sankt Petersburga, a babcia z Warszawy. Spotkali się w Palestynie. Przybyli jako pionierzy, syjoniści i socjaliści. Rodzice mojego ojca zamieszkali później w mieście, a dziadkowie od strony matki pozostali na wsi i uprawiali rolę. Z nimi czułem się bliżej związany. Wiele historii opowiadanych przez tamtych dziadków znalazło się w "Rosyjskim romansie". Historie, które opowiadali mi dziadkowie, ciotki i wujkowie, często miały elementy fantastyczne. Słuchałem o latających osłach i innych nieprawdopodobnych zjawiskach natury. Uwielbiałem te opowiastki. Myślę więc, że nie zamierzając zostać pisarzem, otrzymałem do tego doskonałe przygotowanie.
Amoz Oz powiedział kiedyś, że od pisarza w Izraelu oczekuje się, że będzie prorokiem. Pan też tak to postrzega?
Uważam, że powinnością każdego pisarza jest opowiadać dobre historie. Niektórym pisarzom zdaje się, że powinni być prorokami, kaznodziejami, nieść jakieś moralne przesłania. Ja do nich nie należę.
Pan z kolei mówi w wywiadach, że posługiwanie się językiem hebrajskim rozwija przed pisarzem możliwości, jakich nie daje żaden inny język.
To prawda. Jest niewiele języków, w których możesz przeczytać tekst liczący kilka tysięcy lat, jak Biblia, i zrozumieć go niemal w całości. Nie można oczekiwać, że włoskie dziecko przeczyta ze zrozumieniem Owidiusza albo greckie Homera. Współczesny język grecki i starożytna greka to już dwa zupełnie różne języki. Ale hebrajski jest pod tym względem wyjątkowy. Nigdy nie stał się językiem martwym, choć przez pewien czas pozostawał w uśpieniu. Posługiwano się nim w synagodze, podczas obrzędów jak śluby czy pogrzeby, ale nie używano go w codziennej mowie. Przez to nie rozwijał się i nie ewoluował. Jedną z rzeczy, które osiągnęła rewolucja syjonistyczna, było przywrócenie hebrajskiego do codziennego życia. To nie wydarzyło się w żadnej innej kulturze. Lata temu podjęto inicjatywę w sprawie języka Basków, który również ma bardzo długą tradycję. Używa się go wyłącznie w piśmie, ale nikt nim nie mówi. Baskowie przyjechali do Izraela, by nauczyć się, jak uczynić ze swojego języka język mówiony, ale mimo to wysiłki zakończyły się niepowodzeniem. Myślę, że u nas to się udało, bo było częścią rewolucji syjonistycznej. Razem z budowaniem kraju dla Żydów przywrócenie w mowie języka hebrajskiego było jednym z aspektów niepodległości. Musieliśmy obudzić język, który czekał na nas od dawna.
Domyślam się, że Żydom przyjeżdżającym do Izraela z Europy nie było tak łatwo przestawić się na hebrajski z języka jidysz.
Kiedy moi dziadkowie przybyli z Europy Wschodniej do Palestyny, jedną z pierwszych rzeczy, jakie zrobili, podobnie jak wielu ich współtowarzyszy, było zaprzestanie posługiwania się jidysz, który był przecież ich pierwszym językiem. Powody były czysto ideologiczne. Uważano, że jidysz to język, którego używa się poza Izraelem. Kiedy Żydzi przyjechali do ziemi swoich ojców, chcieli posługiwać się językiem swoich ojców. Pamiętam, że mój dziadek, kiedy ktoś w wiosce mówił do niego w jidysz, udawał, że nie słyszy, co się do niego mówi, choć wszystko doskonale rozumiał. Reagował tylko na hebrajski. Trzeba było oczywiście wymyślić wiele nowych słów, nazwać obiekty, które nie istniały w czasach biblijnych, jak elektryczność, samochód, komputer i wiele innych. Mamy bardzo bogate słownictwo pozwalające oddawać emocje i stany ducha, ale hebrajski wciąż trochę kuleje, jeśli chodzi o słownictwo związane z technologią.
Podobno w dzieciństwie wychowywał się pan w większości wśród kobiet. Myśli pan, że to miało wpływ na pańską wrażliwość lub sposób widzenia świata?
"Dwie niedźwiedzice", powieść, która wkrótce ukaże się w Polsce, jest moją pierwszą książką z kobiecą narratorką. Nie miałem problemu z jej wykreowaniem, choć zaprzyjaźnione kobiety przekonywały mnie, że nigdy temu nie podołam i nie zrozumiem kobiecego świata. Odpowiadałem, że moja narratorka nie reprezentuje wszystkich kobiet. Jest po prostu jedną z nich. To, co zyskałem od kobiet w mojej rodzinie, to historie, które opowiadały. Kiedy byłem kilkuletnim chłopcem, traktowały mnie jak nieszkodliwą muchę latającą po pokoju. Rozmawiały bardzo otwarcie, myśląc, że nic nie rozumiem. A ja siedziałem i uważnie się przysłuchiwałem. Może dlatego jako jedyny w rodzinie miałem wiele zrozumienia dla mojej babci. Wszyscy dokoła uważali ją za straszną kobietę i czuli do niej złość. Ale ja ją bardzo lubiłem i lubiłem słuchać tego, co opowiadała. Napisałem powieść, która nie została przetłumaczona na polski, zatytułowaną "In His House in the Desert". Opowiada o bohaterze wychowującym się w domu bez mężczyzn. To nie był mój przypadek. Ja miałem ojca, brata, wujów. Ale książka miała wiele wspólnego z moim doświadczeniem bliskiej relacji z kobietami, kiedy byłem dzieckiem.
Pytam o ten kobiecy świat, bo przyszedł czas, kiedy musiał się pan skonfrontować także z twardym światem mężczyzn. Czy udział w wojnie pozostawił w panu bolesny ślad?
W Izraelu trafia się do armii w wieku 18 lat. Wiem, że w uszach Europejczyka może to brzmieć szokująco, bo w Europie nie trzeba iść do wojska, a jeśli się idzie, nie ma obowiązku uczestniczyć w wojnie. Ja urodziłem się w czasie wojny, potem brałem udział w wojnie, byłem ranny podczas akcji. Ale muszę powiedzieć, że kiedy ma się 18 lat w takim kraju jak Izrael, do wojska idzie się nie tylko po to, by spełnić oczekiwania rządu, z którym, nawiasem mówiąc, się nie zgadzam. Idzie się także dla młodzieńczej przygody. Przyłączyłem się do armii przed 1967 rokiem. Problem okupacji terenów palestyńskich jeszcze nie istniał. Znalazłem się w elitarnej grupie i chciałem przeżyć coś ekscytującego. Kiedy patrzę na to dzisiaj, myślę, że byłem kompletnym idiotą. Ale właśnie z tego powodu do wojska bierze się 18-letnie dzieci. Młodzi są bardzo sprawni fizycznie, szybko się uczą i są kompletnie głupi. Robią to, co im się mówi. Wojna nie pozostawiła we mnie traumy, ale oczywiście myślę o tym, dlaczego młody człowiek musi przez to przechodzić. Szczególnie że teraz nie walczymy już o istnienie Izraela, ale o utrzymanie warunków porozumienia na Zachodnim Brzegu Jordanu.
W powieściach ucieka pan od tematów politycznych, a przecież jest pan człowiekiem silnie zaangażowanym politycznie...
To prawda. Mam stały felieton w jednej z izraelskich gazet. Piszę co tydzień, najczęściej o polityce. Ale nie lubię mieszać polityki do swoich powieści. Nie chciałbym mieć poczucia, że moje pisanie służy politycznej propagandzie albo że poprzez literaturę promuję własne poglądy. A chyba najtrudniej byłoby mi znieść oskarżenia o to, że promuję swoje książki, przedstawiając opinie na temat polityki. Kiedy czytam powieści polityczne, szybko się nudzę. Interesuje mnie człowiek i jego zachowanie. Nie mam tendencji do psychologizowania, ale najzwyczajniej lubię opisywać ludzkie życie.
@RY1@i02/2016/218/i02.2016.218.19600070a.801.jpg@RY2@
fot. Leemage/East News
Wznowienie "Rosyjskiego romansu" ukazało się nakładem wydawnictwa Marginesy
Rozmawiała Malwina Wapińska
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu