Literackie nowości
"Na zwrot »Jak leci?« przedstawiciel żadnego innego narodu nie odpowiada wyczerpującą analizą historii choroby, sytuacji rodzinnej, trudności ekonomicznych i problemów seksualnych (to reguła)" - czytamy w jednym z aforyzmów zawartych w książce "Nieszczęście bycia Grekiem". Trudno nie ulec podejrzeniu, że jej autor Nikos Dimou - Ateńczyk, którego wisielcze poczucie humoru przypadło do gustu rzeszom czytelników, nigdy na swojej drodze nie spotkał Polaka. Wiedziałby wówczas, że jest na świecie jeszcze jeden naród, który żyje mitem, w rozkroku pomiędzy manią wielkości i pamięcią imponującej przeszłości a wiecznym poczuciem zbiorowego kompleksu niższości. Szukamy bratanków w Węgrach, a może powinniśmy się zbratać z Grekami? Dimou pisze: "»Naród winien postrzegać jako narodowe to, co jest prawdziwe«. My tymczasem, i to od wielu lat, usilnie skłaniamy się do czegoś odwrotnego". Ktoś z kraju nad Wisłą pomyślałby: przecież to wszystko, wypisz wymaluj, o nas. Olga Tokarczuk mogła w "Księgach Jakubowych" przedstawić alternatywną wizję czasów, w których Kmicic i Oleńka przeżywali swoje miłosno-patriotyczne przygody, ale my przecież wciąż kurczowo się trzymamy Sienkiewicza. Grecy kurczowo trzymają się Homera i Aleksandra Wielkiego. Nikos Dimou napisał "Nieszczęście bycia Grekiem" w latach 70., w czasach junty czarnych pułkowników. Rzecz do dziś bawi - choć podobno wyłącznie tych, którzy nie są Grekami. Z drugiej strony fakt, że książka Dimou sprzedawała się latami w tak ogromnych nakładach, dowodzi, że nawet Grecy nauczyli się zdroworozsądkowego dystansu do samych siebie, którego wciąż brakuje Polakom.
Malwina Wapińska
@RY1@i02/2016/111/i02.2016.111.19600070c.101.gif@RY2@
Stephen King na zakończenie kryminalnej trylogii o detektywie Billu Hodgesie wraca do swojej specjalności, czyli nadnaturalnej opowieści grozy. Ale cykl tylko na tym traci. "Pan Mercedes" zaczął serię z impetem jako kryminał świetnie ogrywający pokryzysowe lęki. "Znalezione nie kradzione" było dość przewrotnym wyznaniem miłości do literatury. W "Końcu warty" wraca czarny charakter z pierwszej części: Brady Hartsfield co prawda przebywa w szpitalu dla umysłowo chorych w stanie wegetatywnym, ale okazuje się, że wykształcił w sobie moc kontroli umysłów. Początkowo niezdarnie, potem coraz sprawniej manipuluje kolejnymi ofiarami, a wszystko po to, by zemścić się na Hodgesie i jego pomocnikach.
King jest autorem, który pisze bez wytchnienia, nic więc dziwnego, że zdarza mu się powtarzać niektóre motywy. Jednak jego najnowsza powieść przypomina wyłącznie zlepek tego, co już wcześniej wykorzystał, a kilka rozwiązań fabularnych wydaje się wyciągniętych z lamusa: ot, choćby Brady kontrolujący swoje ofiary za pośrednictwem przenośnych konsol do gier wideo.
"Koniec warty" sprawia wrażenie powieści pisanej w pośpiechu, bez pomysłu na fabułę. Dawnych bohaterów już dobrze znamy, nowi są wyłącznie statystami, których los jest czytelnikom obojętny. Być może King chciał jak najszybciej porzucić swoją serię (co wątpliwe, skoro wspominał, że myśli o napisaniu powieści, której bohaterką byłaby Holly, asystentka Billa Hodgesa), może goniły go wydawnicze zobowiązania, ale zmarnował tkwiący w historii potencjał. Owszem, wciąż potrafi pisać błyskotliwie, nie stracił zmysłu obserwacji amerykańskiej rzeczywistości, lecz tym razem na dobrą powieść to nie wystarczyło.
Jakub Demiańczuk
@RY1@i02/2016/111/i02.2016.111.19600070c.102.gif@RY2@
Wszyscy z grubsza wiemy, na czym polega znany nie tylko w literaturze, ale i psychologii efekt Pollyanny. Spotykają nas najgorsze nieszczęścia: zamiast upragnionej lalki przysyłają nam kule dla inwalidy, tracimy rodziców, trafiamy pod dach opryskliwej ciotki, ale mimo wszystko nie rezygnujemy z optymizmu. Każde nieszczęście usiłujemy przekuć w radość. Jeśli sądziliśmy, że podobnym myśleniem mogą się kierować wyłącznie infantylne bohaterki przestarzałych powieści dla dziewcząt, jesteśmy w błędzie. Czas poznać bohatera "Małych eksperymentów ze szczęściem", 83-letniego (a ściślej starszego o kwartał) mieszkańca domu spokojnej starości w Amsterdamie. Senior ów, wbrew wszystkiemu i wszystkim, postanawia wydać wojnę starości. Jak to? - spytamy. Czyżby postanowił zrobić parę operacji plastycznych, użyć botoksu i upodobnić się do młodego Marlona Brando? Pudło! Młodość tkwi przecież nie w ciele, lecz w duszy. Odzyskać młodzieńczą radość życia, będąc zniedołężniałym pensjonariuszem domu opieki, nie jest jednak łatwo. Z czego głupawo się cieszyć, gdy znów zasikaliśmy białe majtki, na podwieczorek znów podano niejadalną papkę mającą przypominać ciasto, a pielęgniarki traktują nas jak dzieci, tyle że w odrażających ciałach? Bohater książki Hendrika Groena próbuje się uczyć szczęścia małymi kroczkami, zaliczając - rzecz jasna - liczne wpadki i chwile zwątpienia. My zaś śledzimy z uśmiechem jego groteskowe przygody. Zjadliwy humor Groena szybko się udziela czytelnikowi, najważniejsze jednak, że "Małe eksperymenty ze szczęściem" pozwalają oswoić starość - temat stanowiący dziś tabu.
Malwina Wapińska
@RY1@i02/2016/111/i02.2016.111.19600070c.103.gif@RY2@
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu