Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

Świat widziany z gabinetu

28 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 6 minut

POLITYKA Czytanie Henry’ego Kissingera to dziwne doświadczenie. Coś jakby połknąć jedno po drugim kilka pysznych i świetnie przyrządzonych dań. Po czym nadal czuć się głodnym

To kolejna książka, w której były amerykański sekretarz stanu i laureat Pokojowej Nagrody Nobla (za wycofanie wojsk USA z Wietnamu) tłumaczy świat. I to dosłownie. W "Porządku światowym" po kolei streszcza czytelnikowi ostatnie tysiąc lat historii geopolitycznej. Pokazuje, jak Europejczycy próbowali się przez wieki między sobą ułożyć. Jak wymyślali kolejne "łady": uniwersalistyczny eksperyment Karola Wielkiego nawiązujący do Cesarstwa Rzymskiego (stąd Święte Cesarstwo Rzymskie Narodu Niemieckiego, które istniało do XIX wieku), ład westfalski oparty na państwach narodowych (wymyślonych w roku 1648), równowagę sił, koncert mocarstw, blokowe sojusze (Ententa kontra Państwa Centralne), Ligę Narodów czy wreszcie Unię Europejską. I jak im się ten ład nieustannie pruł. Przynosząc wojny, wstrząsy, kryzysy i rewolucje. Ale na Europie Kissinger poprzestać nie zamierza. Kolejne rozdziały tej książki uzupełniają obraz o innych wielkich graczy: Amerykę, Rosję, Chiny, Japonię, Bliski Wschód albo Indie. Każdy z tych rozdziałów jest tak bogaty w informacje, że spokojnie mógłby stanowić kanwę osobnych książek na temat tych krajów i cywilizacji. W niektórych przypadkach (patrz: poprzednia książka Kissingera "Chiny") tak zresztą jest.

Zakres projektu "Porządku światowego" jest więc imponujący - by nie powiedzieć pompatyczny - i wskazujący, że mamy do czynienia z autorem o sporych pokładach pychy. Na jego obronę można powiedzieć tylko tyle, że Kissinger jest jednak postacią wyjątkową. Ten urodzony w Republice Weimarskiej syn niemieckich Żydów trafił do Ameryki tuż przed wojną, już jako nastolatek na fali ucieczek z III Rzeszy. W Stanach zrobił najpierw błyskotliwą karierę naukową. A potem było... jeszcze lepiej, bo imigrant z wyraźnym niemieckim akcentem został doradcą ds. międzynarodowych (a później sekretarzem stanu) w republikańskiej administracji prezydenta Richarda Nixona. Kissingerowi udało się dokonać tym samym rzeczy imponującej - najpierw badał i opisywał strategie takich gigantów XIX-wiecznej dyplomacji jak Talleyrand, Metternich czy Bismarck. A potem sam wszedł do historii jako (nie tylko w swoim mniemaniu) najwybitniejszy mózg dyplomacji amerykańskiej w XX wieku. Ciesząc się do dziś legendą, o jakiej obecni sekretarze stanu USA czy doradcy ds. bezpieczeństwa narodowego mogą jedynie pomarzyć.

Kissinger był nie tylko architektem takich przedsięwzięć jak nawiązanie stosunków między USA a Chinami po dwóch dekadach złowrogiego milczenia (jeszcze w czasie wojny w Korei Amerykanie na poważnie rozważali zrzucenie bomby atomowej na Państwo Środka). Zdołał też stworzyć cały język rozmawiania o stosunkach międzynarodowych, który funkcjonuje do dziś. "Porządek światowy" jest jego dobrym przykładem. Pewnie nawet lepszym niż legendarna "Dyplomacja" z roku 1994. Zwłaszcza w części poświęconej XIX stuleciu, które zawsze było konikiem Kissingera. Dopiero czytając te książki, zdajemy sobie sprawę, jak bardzo opinia publiczna, politycy, a nawet zwykli ludzie myślą i mówią Kissingerem, gdy tylko zaczynają schodzić na tematy międzynarodowe. Sławiąc zdrowy realizm albo traktując politykę zagraniczną jako wielką partię szachów, jaką toczą między sobą nieustannie światowi przywódcy.

To wszystko oczywiście mądre, przekonujące i intelektualnie inspirujące konstrukcje. I czytelnik będzie miał sporo radości przy ich lekturze. Jednego tu jednak brakuje. Kissinger (mentalnie) właściwie nigdy nie wychodzi poza gabinety, w których zapadają najważniejsze decyzje strategiczne. Jego opowieść o dyplomacji to jakby rozciągnięty w czasie XIX wiek, w którym Bismarck albo Metternich w kłębach dymu z cygara i z kielichem dobrego alkoholu w dłoni próbują zaplanować przyszłość swojego narodu. Tutaj nie ma procesów gospodarczych, nie ma napięć klasowych. A jeżeli już gdzieś pojawia się na horyzoncie np. rewolucja (francuska, komunistyczna, faszystowska), to właściwie nie wiadomo, skąd się wzięła. Z perspektywy dyplomaty jest ona niczym zdarzenie losowe, jakiś pożar albo powódź, które trzeba opanować, ale którym nie sposób przeciwdziałać. Tu nie ma ludzi, nie ma przypadków, można nawet powiedzieć, że nie ma społeczeństw ani instytucji. Są tylko dwa walczące ze sobą żywioły: siła i idee.

W tym sensie Kissinger - mimo że poruszający, a może nawet genialny - jawi się z perspektywy pokryzysowej Europy jako głos bardzo anachroniczny. Tylko by przesuwał te swoje pionki i figury na geopolitycznej szachownicy. Ale zajrzeć pod stolik - choćby po to, żeby sprawdzić, czy nie ma tam jakiegoś ukrytego mechanizmu (logika kapitalizmu?) wpływającego na bieg wypadków - już niestety nestor amerykańskiej dyplomacji nie zamierza. Szkoda.

@RY1@i02/2016/092/i02.2016.092.19600040a.803.jpg@RY2@

ap

Henry Kissinger podczas spotkania z prezydentem Nixonem

Rafał Woś,

"POLITYKA"

@RY1@i02/2016/092/i02.2016.092.19600040a.804.jpg@RY2@

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.